piątek, 28 kwietnia 2017

Rozdział 23

Pierwsze promienie słoneczne zalały sypialnię Inkwizytora Lightwood'a, budząc go.
Z pewnością byłby wściekły z powodu tak wczesnej pobudki lecz nie tym razem. Dziś, razem z Sylvią Nightland wybierają się do Nowego Jorku. Do Instytutu. Do domu. Do Maryse.
Wstawanie z łóżka zajęło mu trochę czasu, ponieważ jako Inkwizytor zaczynał prace dopiero od godziny dwunastej. Zazwyczaj spał do dziesiątej. Zdarzało się czasem, że wstawał wcześnie, bo wymagała tego sytuacja, jednak w większości takich przypadków Konsul Jia świetnie sobie radziła, więc jego obecność nie była konieczna.
Pobudka o tak wczesnej porze była dla Roberta zbrodnią.
W końcu jednak Nocnemu Łowcy udało się wstać i skupić się na spakowaniu walizki. 
Przez ostatnie dwa dni, nie mógł się skupić na swoich obowiązkach. Za dnia myślami był w Nowym Jorku - w Idrisie był obecny tylko ciałem, nie duchem. W nocy zaś nie mógł spać, ponieważ układał sobie różne scenariusze i przemowy, których pewnie i tak nie wygłosi.
Po ubraniu się i zjedzeniu bardzo obfitego śniadania, Inkwizytor musiał załatwić jeszcze jedną sprawę.
Znaleźć zastępstwo na te kilka dni.
Problem w tym, że nie bardzo wiedział, kogo może o to poprosić.
Stanowisko Inkwizytora to bardzo odpowiedzialna praca i wymaga bezstronności i obiektywnej oceny. Kto jest na tyle obiektywny i bezstronny? 
Gdyby nie zaskakująca propozycja Sylvii, mógłby zwrócić się z tym do niej. Może Henry Wheelbay? Nie. On za bardzo ufa Clave, a Inkwizytor potrzebował kogoś, kto w razie potrzeby pomoże mu ochronić Maryse. Kogoś, kto potrafiłby przemilczeć to i owo oraz załatwić sprawę na własną rękę... Nagle go olśniło.
Arthur Alderkey!
Nie tracąc ani chwili, Robert wyszedł z domu i ruszył w kierunku posiadłości Alderkey'ów.
Dotarł na miejsce w zaskakująco szybkim tempie i chociaż był w doskonałej formie, dostał lekkiej zadyszki. Przystanął więc na moment, a gdy jego oddech znów był równomierny, zapukał do wielkich drzwi rezydencji. Chwile później, zamiast Arthura, w drzwiach pojawiła się jego żona.
- Inkwizytor Lightwood! Cóż za miła niespodzianka!
- Witaj Diano, miło Cię widzieć - powiedział uprzejmie - Jestem tutaj prywatnie, więc proszę... Bez tych tytułów! - zaśmiał się radośnie.
- Oczywiście! Wejdź proszę! Arthura jeszcze nie ma ale za chwilę powinien się zjawić - Diana jak zwykle zachowywała się zbyt entuzjastycznie.
- Dziękuje.
Kobieta zaprowadziła go do pięknego, gustownie urządzonego salonu. Wiedział, że wystrój domu to jej zasługa, ponieważ Arthur nie miał do tego ręki.
Ściany salonu - jasnozielone z delikatnymi, srebrnymi wzorkami, tworzącymi wymyślne zawijasy aż po sam sufit, działały uspokajająco. W oknach rezydencji nie ma i nigdy nie było zasłon, przez co światło swobodnie wpada do pomieszczenia. Na środku pomieszczenia stoi wielki, mahoniowy stół w towarzystwie dwóch foteli i ogromnej sofy. Na jednej ze ścian znajduje się sporych rozmiarów meblościanka z dużą ilością zdjęć i pamiątek. Po drugiej stronie salonu jest kominek. W każdym kącie nowoczesna lampa. Z sufitu zwisa obszerny, brylantowy i na pewno zabytkowy żyrandol. Pod jednym z okien Diana kazała postawić fortepian, na którym co wieczór grała dla swoich córek i męża. 
- Usiądź, proszę. Napijesz się czegoś?
- Dziękuje, ale innym razem - odpowiedział uprzejmie, siadając w jednym z szerokich, zielonych foteli.
- Ach, zapomniałam! Przecież dziś wyjeżdżasz do Nowego Jorku!
- Tak, właśnie.
- Mam do Ciebie prośbę, Robercie. Wiem, że jedziesz tam służbowo ale czy mógłbyś sprawdzić w wolnej chwili, jak się sprawuje So?
- Diano - powiedział miękko - Przecież Sophie jest tam dopiero od dwóch dni!
- Wiem, wiem. Ale martwię się. Nie pamiętasz jakim dzieckiem była? Wiecznie jakieś problemy! Bo So kogoś stłukła, bo So znów wykłócała się z nauczycielem... Jedynie muzyka ją uspokajała. Dobrze, że poświeciła się grze na fortepianie, zamiast okładaniu twarzy innych dzieci.
- Dobrze już, sprawdzę to. Jeżeli to Cię uspokoi - uśmiechnął się Robert.
- Nawet nie wiesz ile to dla mnie znaczy!
Lightwood umiejętnie zmienił temat. Nie chciał opowiadać na pytania w jakim celu jedzie do Nowego Jorku, jak długo tam zostanie i na jeszcze inne, podobne zagadnienia. Diana perfekcyjnie potrafiła pociągnąć za język swojego rozmówce, który nie był niczego świadom. Dlatego też w jej towarzystwie wskazane jest zachować czysty umysł i zważać na słowa.
Rozmawiali ze sobą przez chwilę, gdy nagle w drzwiach pojawił się Arthur.
- Cóż za miła niespodzianka! Nie powinieneś być teraz w Nowym Jorku, Inkwizytorze? - zapytał Alderkey, obnażając swoje śnieżnobiałe żeby.
- Robercie, jeśli łaska, Ty stary pierniku! - zaśmiał się Nefilim, po czym podszedł energicznym krokiem do przyjaciela, żeby się przywitać.
- Co Cię do mnie sprowadza?
- Mam ważną sprawę. Możemy porozmawiać? - zapytał głośno Lightwood, mając nadzieje, że Diana zrozumie aluzje. Gospodarz spojrzał na żonę, unosząc brwi.
- Zostawię was - zaszczebiotała kobieta i wyszła z pomieszczenia.
- A więc? O co chodzi? - zaciekawił się Arthur.
- Jak już wspomniałeś - wyjeżdżam. Zanim jednak to zrobię, muszę znaleźć kogoś, kto mnie zastąpi na te kilka dni na stanowisku Inkwizytora. Chciałbym, żebyś to był Ty.
Przez chwile oboje milczeli.
- Dlaczego właśnie ja? Czemu nie Wheelbay albo...
- Daj spokój, Arth. Henry to wspaniały człowiek lecz zaślepiony prze uwielbienie do Clave. A Ty? Ty masz czysty i trzeźwy umysł. I potrafisz co nieco przemilczeć - odpowiedział Robert, uśmiechając się porozumiewawczo. Arthur odpowiedział mu tym samym.
- Skoro tak stawiasz sprawę. Chyba nie mogę Ci odmówić.
- Byłbym wdzięczny, gdybyś tego nie robił. Możliwe, że będę potrzebował Twojej pomocy.
- Dobrze więc. Zgadzam się.
- Doskonale! Wyślę Jii Ognistą Wiadomość. Dziś o dwunastej, w Sali Anioła. Jia powie Ci co i jak. Przepraszam, że tak bez uprzedzenia i na ostatnią chwilę - Robert ruszył w kierunku drzwi.
- Nie szkodzi. Szerokiej drogi, bracie!
- Do zobaczenia wkrótce, Inkwizytorze - powiedział Lightwood, posyłając mu łobuzerski uśmiech.
- Robert!
- Hmm?
- Uściskaj Sophie i pozdrów Maryse.

Gdy dotarł do domu, szybko wysłał Ognistą Wiadomość do Konsula i zacząć się zbierać. Lada chwila pojawi się Sylvia z czarownicą, która otworzy dla nich Portal. Postanowił zabrać ze sobą całkiem skromną walizkę - nie był pewny na jak długo Maryse pozwoli mu zostać.
Wziął bagaż i podszedł do lustra aby po raz setny sprawdzić jak wygląda, gdy nagle rozległo się pukanie do drzwi.
Robert energicznym krokiem ruszył w ich stronę a kiedy je otworzył, ujrzał Sylvię w towarzystwie Sybilli - czarownicy. Kobieta miała czarne, kręcone włosy i wielkie zielone oczy. Była niższa o głowę od Sylvii i mówiła z brytyjskim akcentem. Kobieta zamieszkała w Idrisie po Mrocznej Wojnie i została jednym z nauczycieli w Akademii.
- Gotowy? - zapytała Łowczyni z nieskrywanym entuzjazmem.
- Od samego rana - odparł Robert, uśmiechając się - Witaj Sylvio, Sybillo.
- Miło mi, Inkwizytorze. Możemy?
Lightwood skinął głową. Zamknął drzwi na klucz, dodatkowo zabezpieczając je runami i razem z kobietami ruszył w stronę ogrodu, znajdującego się z tyłu domu.
Idąc za Sybillą nie mógł oderwać wzroku od jej długiego ogona, zakończonego śmiesznie wyglądającą strzałką. Doprawdy, niektóre piętna czarowników były zdumiewające.
Kiedy zatrzymali się, czarownica odwróciła się i powiedziała z wielką dumą.
- Mój ogon jest naprawdę pożyteczny, Inkwizytorze. Potrafię nim smagać niemal tak dobrze jak panienka Isabelle swoim biczem. Robert uśmiechnął się na wspomnienie o córce.
- Tak, Izzy ma do tego talent. Gorzej z gotowaniem...
Wszyscy troje roześmiali się radośnie. Sybilla odwróciła się tyłem do towarzyszy, poprawiła kołnierzyk śnieżnobiałej bluzki i zaczęła otwierać Portal.
- Moje zadanie wykonane. Kiedy tylko przejdziecie, zamknę Bramę i wrócę do swoich obowiązków. Chyba, że Inkwizytor potrzebuje czegoś jeszcze? - zapytała czarownica, unosząc brew.
- Dziękuję, Sybillo. To wszyst...
Nie dokończył, ponieważ jego oczom ukazał się Tyrijon. Ptak leciał sobie spokojnie, a jego piękne pióra pobłyskiwały w słońcu. Niespodziewanie zrobił pętle i płynnym ruchem przeleciał przez Portal.
- Cholera!
- Lepiej bym tego nie ujęła, Robercie - dodała Sylvia.
- Trzeba powiadomić o tym Wysokiego Czarownika Brooklynu. On będzie potrafił zlokalizować ptaka - oznajmiła spokojnie Sybilla, wpatrując się w Portal - Dobrze by było, gdyby Maia i Lily też wiedziały o wizycie Tyrijona. I Pani Lightwood, ma się rozumieć. Taki mały ptaszek a potrafi wyrządzić tyle szkód!
- Jeśli mogę zapytać, skąd znasz Maie i Lily? I Magnusa? - zaciekawił się Robert.
- Byłam w Nowym Jorku. A poza tym... Kto nie zna Magnusa Bane'a?
- Och, na Anioła, idziemy?! - niecierpliwiła się Sylvia, która przez cały czas wpatrywała się w Portal.
- Naturalnie. Dziękujemy za pomoc, Sybillo Moony.
- Cała przyjemność po mojej stronie.
Robert zaoferował ramię swojej towarzyszce podróży, która chętnie je przyjęła i razem - krok w krok przeszli przez Bramę.

******

Magnus postanowił wsiąść sobie wolne. Czarownik bardzo lubił swoją pracę lecz uznał, że nauka kontroli Seamusa, sprawa Becky i Przepowiednia, są wystarczającym obciążeniem. Te trzy sprawy były na prawdę wyczerpujące, więc czarownik uznał, że wróci do swojej pracy, gdy już się z nimi upora.
Pozostali mieszkańcy Instytutu robili to co do nich należało.
Catarina za nic w świecie nie opuściłaby dyżuru w szpitalu, po upływie którego odbierał ją Dorian, załatwiający sprawy związane ze sklepem. Kiedy już się spotkali, znikali razem na jakaś godzinkę czy dwie a Magnus miał nadzieje, że żadna ze stron nie skończy ze złamanym sercem. Znał Cate od stuleci i wiedział do czego jest zdolna chociaż z drugiej strony Doriana nie znał w ogóle.
Ingrid, która jest współwłaścicielką sklepu i nie interesuje się sprawami papierkowymi, została w Instytucie i prawie cały czas pomaga Magnusowi przy Seamusie. Dopiero kiedy Bane wręcz siłą wyrzucał siostrę z Izby Chorych, zauważył, że dziewczyna często spędzała wolny czas z nową Łowczynią - Sophie.
Nocni Łowcy jak dawniej uczęszczali na treningi, chodzili na patrole - w dodatkowej obstawie Podziemnych, rzecz jasna. Jedynie Simon i Rebecca nie wyściubiali nosa z Instytutu.
Swoją drogą, Magnus był pod wrażeniem determinacji Becky Lewis. Dziewczyna poprosiła Silasa o możliwość uczestniczenia w treningu. Z początku trener był przeciwny lecz argument przydatności samoobrony w jej sytuacji, w zupełności wystarczył. Poza tym, czarownikowi wydawało się, że trener ma słabość do tej dziewczyny. Uczył ją, a ona chłonęła wiedzę jak gąbka wodę. Zaprzyjaźniła się też z Estell, która również zaczęła uczęszczać na treningi Cartwright'a.
Minęły dopiero dwa dni od przebudzenia Seamusa a tyle się działo!
Idąc w stronę Izby Chorych, czarownik zaczął zastanawiać się, jak długo zajmie Seamusowi ogarnięcie swojej wampirzej natury. Jeśli chodzi o tę wilczą cześć, wszystko było jak dawniej - pełna kontrola. Obie natury w jednym ciele mogą ze sobą współgrać. Duży wpływ na to mają emocje chłopaka.
Jedyną rzeczą, na którą nikt nie ma i nie będzie miał wpływu są tęczówki Seamusa. Gdy korzysta ze swoich Podziemnych umiejętności robią się... pomarańczowe. Fakt ten, był nieco kłopotliwy, jeśli chodzi o ukrywanie tego, kim stał się Mores.
Chłopak w przeciągu dwóch dni zrobił na prawdę duże postępy, z czego Magnus niezmiernie się cieszył. Im szybciej młody załapie, tym szybciej on odetchnie z ulga. Teraz był za niego odpowiedzialny, ponieważ on go stworzył. Pomoże mu okiełznać wewnętrznego wampira i pragnienie krwi tak, jak kiedyś Raphaelowi...
Mój biedny, kochany Raphael... Był dla mnie jak syn.
Wspomnienie o Santiago uaktywniło pustkę w sercu, która zaczęła kłuć niemiłosiernie. Czarownik nie wiedział, czy jest cokolwiek na świecie, co mogłoby tę pustkę wypełnić. Ze złotego, kociego oka spłynęła samotna łza.
- Magnus!
Czarownik odwrócił się i ujrzał Maryse, idącą w jego stronę. Niezauważalnie starł łzę z policzka i uśmiechnął się do Łowczyni.
- Maryse? Czy coś się stało? Idę do Seamusa, więc może zechcesz...
- Pójdę z Tobą. Porozmawiamy przy okazji.
Kobieta dogoniła czarownika i razem ruszyli korytarzem w stroną Izby Chorych.
- Więc? - zaczął Magnus.
- Jak wiesz mam listę Instytutów, które jeszcze nie zostały zaatakowane przez Levithy - kobieta pokazała czarownikowi plik dokumentów, trzymanych w ręce. - Jak wiesz, demony zachowywały pewien schemat, dotyczący czasu i miejsca ataków. Postanowiłam się skontaktować z szefami tych Instytutów i nic. Żadnych ataków. Brak jakiejkolwiek zwiększonej aktywności. Mam co do tego pewne obawy...
- Sądzisz, że te pokraki jakimś sposobem wyczaiły, że to my mamy przepowiednię?
- Tak. Albo one albo twórca przepowiedni. Co Ty o tym myślisz?
- Możesz mieć rację. Znam pewną czarownicę, Iris Rouse, która jest specjalistką od wszelakich przepowiedni. Myślę, że powinienem ją odwiedzić - oznajmił Magnus, zatrzymując się przed drzwiami Izby Chorych.       
- Doskonale. Jeśli wiedzą, mogą zaatakować ponownie. Eee, Magnus?
Czarownik uciszył ja, unosząc dłoń. Coś tu nie pasuje. Coś było powietrzu...
Niespodziewanie odwrócił się twarzą w stronę drzwi i szybko wymachując rękami, rzucił zaklęcie.
W tej samej chwili poczuł na krawędzi swojego umysłu Ingrid - odesłał jej szybko instrukcje, bez tłumaczenia swojego zachowania. Ingrid też wyczuła w powietrzu obcą magię. Doriana i Catariny nie było w Instytucie, a Silas z młodymi Nefilim wyruszył na trening w terenie. W budynku oprócz niego, Maryse i Ingrid była tylko Estell, Rebecca i Seamus, którzy razem z Inn "uwięzieni" byli w Izbie Chorych.   
- Magnus, co się dzieję? - zaniepokoiła się Maryse.
- Wyczuwam magię. Ktoś otwiera Portal - wyjaśnił i szybkim krokiem ruszył przed siebie.
Maryse nie zastanawiając się ani chwili, pobiegła za nim, aż dotarli do drzwi wyjściowych. Czarownik otworzył je gwałtownie i wypadł z budynku jak strzała, pozostawiając drzwi otwarte dla Maryse. Kiedy i ona wyszła przed Instytut, Magnus zamknął je ruchem dłoni.
- Niczego nie widzę - wyszeptała kobieta.
- Portal za chwilę się otworzy. Jeśli zajdzie taka potrzeba, wejdź do środka i zawiadom pozostałych, a ja rzucę zaklęcie...
- Mowy nie ma. Nie zostaniesz tu sam!
Czarownik spojrzał Maryse w oczy i dostrzegł w nich pewność siebie i determinację. I upartość.
- Już wiem, po kim Alec odziedziczył to wszystko - uśmiechnął się i odwrócił twarz w kierunku miejsca, w którym miał pojawić się Portal. Nad jego dłonią unosił się niebieski płomień.
Przez twarz Maryse przebiegł cień uśmiechu. Magnusa nie można nie lubić.
Stali przez chwilę wpatrując się w potencjalne miejsce, gdzie miał pojawić się Portal, gdy nagle tuż przed schodami zamigotało fioletowo - błękitne światło.
- Uważaj - ostrzegł ją Magnus.
Patrząc jak światełko formuje się w Bramę, kobieta odruchowo położyła dłoń na rękojeści sztyletu, ukrytego za pasem. Gdy przejście zostało otwarte, wszystkie mięśnie Łowczyni zarówno jak i czarownika były mocno napięte. Byli gotowi.         
Niespodziewanie z Portalu wyszło, a raczej wyleciało coś co ich oślepiło.
- To Tyrijon - wyszeptał zdezorientowany Magnus - A jeśli to on, Portal został otwarty...
- ... w Idrisie.
Czarownik ukrył płomień i rozluźnił się nieco, czego nie można było powiedzieć o Maryse. Łowczyni była jeszcze bardziej zdenerwowana. Portal z Idrisu, oznaczał wizytę Roberta. I kogoś jeszcze.
Jak na zawołanie, Brama zalśniła silniejszym blaskiem i przed schodami pojawił się Robert... z Sylvią Nightland. Maryse upuściła dokumenty, a Magnus wstrzymał powietrze.
- Witaj Maryse, drogie dziecko! - Sylvia rzuciła swoją walizkę na pierwszy ze schodów i szybkim krokiem wspięła się po schodach, by rzucić się pani Lightwood na szyję.
- Sylvia? Co Ty tu robisz?
- Nie cieszysz się? Wiem, trochę mi to zajęło ale w końcu Cię odwiedziłam! Magnus! Jak dobrze wyglądasz!
- Ty również, moja droga! - czarownik uśmiechnął się i rozłożył szeroko ręce aby objąć Sylvię.
Maryse była w szoku. Przecież Sylvia nigdy nie opuszczała Idrisu! Kobieta nie zastanawiała się nad tym dłużej, ponieważ zauważyła duże, ciemne oczy wpatrujące się w nią.
Chociaż Magnus i Sylvia rozmawiali ze sobą stojąc tuż obok niej, Maryse słyszała ich głosy, jak gdyby znajdowali się gdzieś daleko. Powietrze zgęstniało, czas się zatrzymał. Kwiaty straciły swój zapach a ptaki przestały śpiewać. Był tylko On. Robert. Czuła jego smak i zapach, słyszała jego muzykę. Patrzyła, jak wolnym krokiem, zabierając bagaże, wspina się po schodach Instytutu. Zbliżał się, sprawiając, że Maryse zapomniała jak się oddycha.
- Witaj, Mary.
- Witaj, Robercie - odpowiedziała z trudem, przechylając lekko głowę, aby mógł pocałować ją w policzek.
- Dobrze wyglądasz - oznajmił Robert, który po muśnięciu policzka żony, nadstawił swój policzek.
- Ty również - wyszeptał, składając delikatny pocałunek w wyznaczonym miejscu.
Robili tak zawsze, gdy się spotykali. Udając, że wszystko jest w porządku. Maryse uważna była za twardą kobietę o sercu z kamienia. Niewielu wiedziało, jak krucha jest i delikatna.
- Czy mogę pozwiedzać Instytut? Nie byłam w żadnym od... Dawno! - Sylvia podeszła do Lightwoodów i zabrała walizkę od Roberta - Daj to, proszę. Jestem Nocnym Łowcą a nie panną z parasolką, która boi się ubrudzić.
- Oczywiście, że możesz zwiedzić Instytut. Chodźcie, proszę!

W Instytucie było chłodniej niż na zewnątrz, za co Maryse dziękowała Razjelowi.
W holu, którym wcześniej zachwycał się Dorian, Sylvia co jakiś czas wydawała z siebie "och" i "ach", zachwalając wspaniałe obrazy. Zachowywała się jak dziecko, które rodzice po raz pierwszy zabrali do wesołego miasteczka.
Szefowa Instytutu w asyście Magnusa, prowadząc gości do ich sypialni, oprowadzała ich jednocześnie, aby zaoszczędzić czas. Nie wiedziała jak ma to wszytko rozegrać. Potrzebowała chwili do namysłu. Kiedy przechodzili obok Izby Chorych pojawiło się pytanie.
- Jest tam ten chłopak, zaatakowany przez Levithy? - Sylvia zatrzymała się, wskazując palcem na drzwi.
- Oczywiście. Niestety nie możemy tam teraz wejść, ponieważ moja siostra, przeprowadza bardzo skomplikowany zabieg wzmacniający i nie możemy jej przeszkadzać. Poza tym na drzwi zostało rzucone zaklęcie - oznajmił Magnus.
- Masz siostrę? - zdziwił się Robert.
- I brata! - wyszczerzył się Bane - Z innych matek, ale Ojciec ten sam.
- Musicie wiedzieć, że w Instytucie jest nadzwyczaj tłoczno - wtrąciła się Maryse. Trzeba to zacząć teraz. Im szybciej tym lepiej.
- Co masz na myśli? - Robert zaniepokoił się nieco. O czym nie wiedział?
- Z powodu tych ataków zebraliśmy tu naszą rodzinę oraz jej nowych członków - wyjaśniła Łowczyni.
- Więc oprócz Ciebie, Estell, dzieci i Magnusa, kto teraz tutaj mieszka? - zapytał Inkwizytor.
- Silas i Sophie Alderkey przyjechali do nas z Idrisu. Simon, który jako przyszły Nefilim mieszka tu i trenuje z Silasem. Jego siostra - Rebecca, została zaatakowana przez jednego z Fearie, więc została wtajemniczona w nasz świat i dla swojego bezpieczeństwa zamieszkała z nami. Jocelyn i Luke też zostali z nami, ponieważ sytuacja jest naprawdę poważna, Robercie. Wcześniej wspomniałam o nowych członkach rodziny... Otóż mieszka tu z nami jeszcze rodzeństwo Magnusa - Ingrid Fire i Dorian Shade oraz Catarina Loss. Pamiętasz ją?
- Oczywiście. To dobrze, że jesteście tu razem. Rodzina powinna się wspierać.
- Zgadzam się z tym.
- Chodźmy dalej. Zaniesiecie rzeczy do swoich sypialni, a później przejdziemy do konkretu.
- Tak szybko chcesz się nas pozbyć? - zapytał Lightwood. Zabolało go.
- Nie o to mi chodzi. Po prostu jest tego dużo. Chciałabym załatwić to dziś, żeby później to omówić na spokojnie - wyjaśniła kobieta, po czym ruszyła przed siebie.
Robert uśmiechnął się przelotnie. Może jest nadzieja? 

- Proszę was o przyjście do mojego gabinetu za 10 minut - oznajmiła Maryse i zostawiając Sylvię i Roberta, ruszyła w towarzystwie Magnusa do gabinetu.
- Wyślij wiadomość do Aleca. Potrzebujemy Clarissy.
- Chcesz, żeby dziś złożyli Przysięgę? - zdziwił się czarownik.
- Tak.

******

- Przerwij mi, jeśli się mylę - powiedział powoli Robert - Ja i Sylvia mamy złożyć Przysięgę Krwi, używając Czarnego Kielicha Przysięgi Krwi, którego poszukuje Clave, którego właścicielem jest Magnus?!
- Dokładnie - odpowiedziała spokojnie Maryse.
- I wszyscy w Instytucie, łącznie z tymczasowymi mieszkańcami złożyli ów Przysięgę?
- Zgadza się.
- Nawet Sophie Alderkey?
- Nawet Sophie.
Robert był nieco poddenerwowany. Kielich, którego Clave poszukuje od czasów Valentina Morgensterna, jest w posiadaniu Magnusa Bane'a! Partnera jego własnego syna! Syna Inkwizytora, który powinien zarekwirować Czarny Kielich i zabrać go do Idrisu! Powinien, ale tego nie zrobi.
- Robercie, zrozum. To było jedyne wyjście, żeby... utrzymać to wszystko w tajemnicy - wyjaśniła Maryse.
- Magnus? - Inkwizytor przeniósł swój wzrok na czarownika.
- Wiesz, że nie pozwoliłbym na to, gdyby było inne wyjście. Lily i jej wampiry lubią plotkować, a Stado z Jade Wolf nie jest od nich gorsze - odparł Bane.
- Czyli Klan i Stado są w to zamieszane?! - zdziwił się Lightwood.
- Nie możemy o tym rozmawiać, dopóki ne złożycie Przysięgi - wtrąciła Maryse - Sylvia?
Starsza Łowczyni przysłuchiwała się w milczeniu całej rozmowie. Jej twarz nie wyrażała żadnych emocji. Lightwood'owie i Magnus stali w milczeniu czekając na odpowiedź. Od jej decyzji zależał ich los. I życie.
- Ufam, że nie mieliście innego wyjścia - powiedziała wolno - Nie mam zamiaru informować Clave, o lokalizacji Kielicha, a Przysięgę złoże.
- Naprawdę?! - zapytali Lightwood'owie równocześnie.
- Oczywiście. Nie takie rzeczy się robiło! - zachichotała i pościła oczko czarownikowi, na co on serdecznie się roześmiał. Robert postanowił, że zapyta o to Magnusa po wszystkim.
- Dziękuje, Sylvio. A Ty? - kobieta zwróciła się do Roberta.
- Zgadzam się na wszystko. Na co czekamy?
- Na Clary.
- Nowa Runa?
- Tak.
Nie minęła chwila, a drzwi do gabinetu otworzyły się i pojawiła się w nich Clary z Jace'em oraz Alec.
- Witajcie dzieci - powiedział Lightwood.
- Cześć, tato - powiedział Alec, podchodząc do ojca i uścisnął jego dłoń. Przywitał również Sylvię, po czym stanął u boku Magnusa.
- Witaj - odpowiedział Jace, również ściskając rękę Inkwizytora - Witam panią Nightland. Ja tylko przyprowadziłem Clary i będę uciekać. Do zobaczenia.
Kiedy Jace opuścił gabinet Maryse, Magnus i Clary zajęli się przygotowaniem Kielicha i Kamienia, by dołączyć do Przysięgi Roberta i panią Nightland.
Pomimo tego, że oboje nie wiedzieli kim jest Seamus, o którym Maryse wspomniała w treści Przysięgi, powtarzali za nią słowo w słowo. Po wszystkim, Magnus odesłał machnięciem ręki Czarny kielich i Kamień, a Clary pożegnała się i opuściła gabinet, aby wrócić na trening.
- Ty nie idziesz? - Magnus zwrócił się do Aleca.
- Nie. Dziś nie trenuję z lukiem, więc mam już wolne.
- Dobrze, pójdziesz z nami.
- Gdzie? - Alec zmarszczył czoło.
- Do Izby Chorych.
Alec chciał zadać kolejne pytanie, ale Maryse zabrała głos.
- Dziękuję, za złożenie Przysięgi. Teraz możemy wam powiedzieć o wszystkim. Sądzę jednak, że lepiej będzie wam to pokazać. Chodźmy więc.
Kobieta odwróciła się i ruszyła w kierunku drzwi gabinetu. Magnus, Alec wraz z Sylvią i Robertem ruszyli za nią. Kiedy zatrzymali się przed Izbą Chorych, czarownik dostrzegł, że Inkwizytor jest zdezorientowany, a Sylvia wyraźnie zbladła.
- Magnusie, mógłbyś? - Na prośbę Maryse, Bane zdjął zaklęcie, informując Ingrid o wszystkim.
- Za tymi drzwiami jest siostra Magnusa, nasza gosposia Estell, siostra Simona - Rebecca oraz Seamus - objaśniła Łowczyni.
- Seamus to ten zaatakowany wilkołak? - zainteresował się Inkwizytor.
- Dokładnie.
Magnus zauważył, że Sylvia lekko drgnęła. Podszedł do niej dyskretnie, by zapytać czy wszystko wporządku.
- Oczywiście. Po prostu chłodniej tu niż w Idrisie.
- W porządku.
Maryse otworzyła drzwi, wpuszczając towarzyszy do środka. Ich oczom ukazała się trójka, rozchichotanych kobiet siedzących na wygodnych fotelach i jeden chłopak, siedzący na łóżku.
Kiedy trzasnęły drzwi, zamykane przez Aleca, w Izbie Chorych nastała cisza. 
- Robercie, poznaj proszę, Rebecca Lewis - siostra Simona i Ingrid Fire - siostra Magnusa...
- Pan Robert!!! - pisnęła Estell i rzuciła się na niego.
- Witaj Essie. Miło mi poznać panno Lewis, panno Fire. To moja towarzyszka, Sylvia Nightland, nauczycielka z Akademii w Idrisie.
- To zaszczyt, Inkwizytorze, pani Nightland - odpowiedziała Inn - Magnus, ja spadam. Jestem zmęczona. Twoja kolej.
- Idź, odpocznij - rzucił czarownik do siostry, której już nie było - Co za dziewczyna! Ale nie o niej będziemy rozmawiać. Chciałbym przedstawić: Seamus Mores ze Stada...
Czarownik urwał, ponieważ blada jak ściana Sylvia, wolnym krokiem szła w stronę chłopaka. Wszyscy w pomieszczeniu obserwowali ją, przygotowani. Kiedy stanęła twarzą w twarz z Seamusem, przyjrzała mu się badawczo i stało się coś, czego Magnus się obawiał.
Zanim zdążyli wszystko wyjaśnić Inkwizytorowi i jego towarzyszce, Seamus zdenerwował się ich wizytą, przez co jego oczy bez używania swoich mocy, zmieniły kolor na pomarańczowy.
Sylvia wciągnęła głośno powietrze i zrobiła trzy kroki w tył. Nie zaatakowała, tak jak się tego spodziewali.
- To nie możliwe - wyszeptała - Magnus?
- Twoje oczy Cię nie mylą. Seamus jest...
- Hybrydą.
Z oczu Sylvii spłynęła łza, po czym kobieta straciła przytomność.

******

Jestem! Wróciłam! Wena wraca, więc pisanie będzie :) 
Jak się podoba?! Mam nadzieję, że ktoś tu został ;/
Rozwija się wątek Hybrydy...
Dowiemy się, dlaczego Sylvia nie opuszczała Idrisu...
Co będzie z Lightwood'ami...  
Do następnego! :*

- A.