Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Catarina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Catarina. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 lutego 2017

Rozdział 22

To czego młoda Łowczyni dowiedziała się po złożeniu Przysięgi Krwi, było bardziej tajemnicze i niebezpieczne, niż się tego spodziewała. Dziewczyna starała się wszystko poukładać w głowie lecz nie było to łatwe. Przepowiednia, Czarny Kielich Przysięgi Krwi, Levithy... No i Hybryda! Na Anioła! Słyszała legendy opowiadające o Podziemnych, będących wilkołakiem i wampirem w jednym ale nigdy nie spodziewała się, że zobaczy Hybrydę na własne oczy! Bo zobaczy, prawda?
- Teraz wiesz już wszystko - Maryse podsumowała swoją opowieść - Co o tym myślisz, Sophie?
Kobieta maszerowała po swoim gabinecie tam i z powrotem, co chwila zerkając na So; Clary siedziała spokojnie na sofie, natomiast Magnus rozsiadł się wygodnie w największym z foteli znajdujących się w pomieszczeniu - w fotelu szefowej Instytutu.
- Cóż... Hybrydy są legendą tak samo jak Levithy.
- All the legends are true! - powiedział Magnus, uśmiechając się i robiąc ręką w powietrzu wymyślny zawijas.
- Muszę się z tym zgodzić. Zastanawiam się jednak: co teraz? Chodzi mi o to, co zrobicie...
- ZrobiMY, biszkopciku. Teraz siedzisz w tym z nami - przerwał jej czarownik.
- Oczywiście. Już się poprawiam - uśmiechnęła się Łowczyni - Co zrobiMY, gdy Seamus się obudzi?
- Chłopak na pewno będzie w szoku. I choć to trudne zadanie dla nas wszystkich, musimy go oswoić z sytuacją - oznajmiła Maryse.
- Zabawne, że użyłaś słowa "oswoić" - wtrącił Bane.
- Magnusie, proszę - skarciła go pani Lightwood - To poważna sprawa. Gdy Seamus ochłonie i ogarnie to wszystko dam mu wybór.
- Wybór? - zdziwiła się Clary.
- Dokładnie. Sam wybierze gdzie chce mieszkać. Z wampirami czy z wilkołakami.
- Maryse nie zrozum mnie źle... Ale to czyste SZALEŃSTWO! - głos Magnusa był wyjątkowo nienaturalny.
- Zapewniam Cię, synu, że jestem całkowicie zdrowa na umyśle. Niemniej jednak każdy z nas wie, że wszystkie żywe istoty; istoty humanoidalne, zwierzęta a nawet Anioły i Demony mają wolną wolę by mogły wybierać między dobrem a złem.
- Hmm. Demony czyniące dobro to niemal wymarły gatunek. Odnosząc się jednak do Twojej barwnej wypowiedzi muszę stwierdzić, że bardzo podoba mi się określenie "istoty humanoidalne" - odparł czarownik.
- Daj spokój, Magnus. Kto jak kto, ale Ty wiesz to najlepiej. W końcu żyjesz tak wiele lat.
- Oczywiście, Maryse. Czy przemyślałaś jednak co się stanie z naszym chłopcem, gdy straci kontrole i dorwie go nasze wszechmocne Clave? Nie wspomnę już o swojej skromnej osobie.
- Musimy więc mu pomóc aby nie stracił kontroli - odpowiedziała Łowczyni.
- Tata nie ufa Clave - niespodziewanie odezwała się So - To znaczy nie do końca. Twierdzi, że niektóre sprawy lepiej przemilczeć i załatwić samemu.
- Twój ojciec jest bardzo mądrym człowiekiem! Chyba powinienem zaprosić go na szklaneczę czegoś mocniejszego! - zaśmiał się Magnus.
- Tylko proszę o tym nie wspominać przy mojej matce! Ona nie pochwała zachowania taty i tego czego uczy mnie i siostry. A nie daj Razjelu dostanie jeszcze zawału! - zmartwiła się So.
- Nikt nie dostanie żadnego zawału, skarbie - uspokoiła ją Maryse - Clary pokaz proszę Sophie resztę Instytutu. Mam jeszcze jedną sprawę do omówienia z Magnusem.
- Nie ma sprawy. Chodźmy, Sophie - rudowłosa ujęła dłoń Alderkey i obie wyszły z gabinetu.
Cisza, jaka nastała w gabinecie zaniepokoiła Magnusa. Czy było jeszcze coś o czym nie widział? 
- Wybacz mi, proszę - odezwał się pierwszy.
- Niby co mam Ci wybaczyć? Szczerość? To, że jesteś sobą? To jedne z Twoich najlepszych cech, Magnusie. Choć nie ukrywam, że czasami jesteś zbyt sarkastyczny w nieodpowiednich momentach.
Kobieta posłała czarownikowi uśmiech, który od razu został odwzajemniony.
- Na prawdę myślisz, że to zły pomysł? Pozwolić mu wybierać? - zapytała, siadając w fotelu na przeciwko. Na jej twarzy malowała się bezradność. Oczy Nocnej Łowczyni patrzyły na niego z niemą prośbą o pomoc, o radę.
- Nie wiem, Mary, nie wiem - westchnął, masując przy tym skronie - Jak już wspomniałaś żyję na tym świecie wiele lat ale nawet ja, nie jestem w stanie przewidzieć skutków Twojej decyzji. Czarownicy nie przepowiadają przyszłości, chociaż znam kilku "jasnowidzów" od siedmiu boleści. Prawda jest taka, że to co od nich usłyszysz okazuje się być odpowiedzią ogólną; bardzo okrojoną wersją przyszłości lub pojedynczymi frazami wyrwanymi z kontekstu zdania. Nie słyszysz konkretów typu "Za tydzień się zakochasz i zajdziesz w ciążę"... Słyszysz "Już niebawem pojawi się miłość Twojego życia, która zaowocuje". Nie znasz jednak daty i godziny. Poza tym wróżby nie zawsze spełniają się w konkretnych sytuacjach. Znałem kiedyś pewnego młodego Nefilim, który tuż przed swoją pierwszą wyprawą na demony udał się do czarownicy, by mu powróżyła. Powiedziała wtedy "Widzę ból i krew. Dużo krwi. Anielskiej" Chłopak tak się przestraszył, że jakimś cudem wymigał się od misji i został w Instytucie. Gdy jego koledzy wracali z polowania, ten ruszył im na powitanie by oszacować straty. I wiesz co się okazało? Kiedy schodził ze schodów potknął się i upadł tak niefortunnie, że złamał nogę a kość przebijała jego udo. Był ból? Był. Była krew? Była. Anielska? Anielska. Wszystko się zgadza. Sama widzisz jak to działa.    
- Więc mi nie pomożesz?
- Ależ oczywiście, że pomogę! Ale to Ty musisz podjąć decyzję. Ja będę Cię wspierał przy wszystkich skutkach pożądanych lub nie, daję słowo!
- Dziękuję, Magnusie.
- W porządku. To o tym chciałaś ze mną porozmawiać? 
- Mam pewne obawy co do wizyty wysłanników Clave. Robert przysięgę złoży. Ale kto z nim przybędzie?
Czarownik chciał odpowiedzieć lecz drzwi do gabinetu Maryse otworzyły się z hukiem i pojawił się w nich Jace.
- Seamus. Obudził się! - rzucił i jak szybko się pojawił, tak szybko zniknął.
Maryse wraz z Magnusem ruszyli za nim. Jeszcze nie dotarli do Izby Chorych a już słychać było głośne  warczenie przeplatające się z krzykami. Estell stała z Catariną przed drzwiami, z twarzą ukrytą w dłoniach.
- Essie nie martw się, pomogę mu. Wszyscy mu pomożemy ale nie wchodź tam dopóki Ci nie pozwolę, dobrze? - zapytał troskliwie Magnus. Dziewczyna przytaknęła.
- Maryse proszę, żebyś chwilowo została tu z Essie i Catariną. Gdybyś mogła wyślij Ognistą Wiadomość do Mai i Lily z prośbą o szybkie przybycie. Niech przyniesie ze sobą krew. Kto jest w środku, Cate?
- Silas, Luke, Alec, Dorian i Ingrid. Po obiedzie Jocelyn źle się czuła, więc dałam jej mieszankę ziół i zasnęła. Przypuszczam, że dalej śpi. Reszta zabrała Sophie na małe zwiedzanie Nowego Jorku, kiedy usłyszeli krzyki chłopca. Sam rozumiesz, nie chcemy jej przestraszyć.
Czarownik nie zdążył odpowiedzieć bo za drzwiami rozległy się kolejne wrzaski Seamusa.
- Wypuśćcie mnie! Rozumiecie?! Wypuśćcie! Kim jesteście?! Gdzie jest Estell?! Gdzie ONA jest?! Jeśli coś jej się stało...
- WARUJ PIESKU! - ryknął Magnus wchodząc do pomieszczenia z impetem.
Seamus stał w kącie przyjmując postawę obronną - był otoczony z każdej strony. Widząc przerażenie i dzikość w oczach chłopaka oraz jego kły, Magnus błyskawicznie machnął ręką - zamykając drzwi. Oczy hybrydy zwróciły się gwałtownie w stronę czarownika.
- Ma - Magnus? Magnusie pomóż mi! - zawył Mores, klękając na kolana - Gdzie moja Essie? Co się dzieje? Dlaczego czuję się tak dziwnie?
Bane zrobił kilka kroków w ich stronę.
- Ostrożnie! - ostrzegł go Alec - On nas nie pamięta! Tylko Estell... i Ciebie. Dlaczego? - zapytał, nie spuszczając wzroku z Seamusa.
- Kochał ją tak mocno, że zapamiętał ją jedyną. Mnie nie zapamiętał. Przypomniał sobie kim jestem w pierwszej kolejności, bo mnie ostatniego widział przed procesem Przemiany. Powoli przypomni sobie wszystko. Pozwól mi teraz...
- Uważaj, dobrze? - przerwał mu Nocny Łowca.
- Wiesz, że będę - odpowiedział czarownik, po czym całą swoją uwagę skupił na chłopcu.
Powoli zbliżał się do niego, uważając na każdy swój ruch. Najważniejsze, żeby Seamus się uspokoił.
- Seamus to ja, Magnus. Pamiętasz mnie, prawda? Chciałeś żebym Ci pomógł.
- Pomóż... Kim oni są? Czego chcą? Gdzie Essie? Dlaczego tak boli? - jęczał Mores. Z jego ust wystawały wampirze kły, natomiast oczy lśniły blaskiem zupełnie tak jak wtedy, gdy korzystał ze zmysłów wilkołaka.
- Musisz się uspokoić, a ból minie. Zaufaj mi. Postaraj się głęboko oddychać...
- Nie uspokajaj mnie! Chcę odpowiedzi, TERAZ! - rykną Seamus, sprawiając, że Bane cofnął się kilka kroków w tył a pozostali w mgnieniu oka znalieźli się tuż obok czarownika.
- Wszystko w porządku - mruknął do swoich towarzyszy Magnus i ponowni ruszył w stronę hybrydy.
Parabatai, Luke oraz rodzeństwo Wielkiego Czarownika Brooklynu niechętnie wróciło na swoje pozycje. 
- Umierałeś ale Cię uratowałem! Twoje serce przestało bić i dzięki mnie znów bije! Naraziłem swoje życie, żebyś mógł być tutaj razem z nami! Więc nie Ty tu będziesz stawiać warunki, jasne?! - wrzeszczał czarownik, a jego oczy lśniły złocistym blaskiem - Więc uspokój się wreszcie i pozwól sobie pomóc albo zapomnij o tym, że kiedykolwiek zobaczysz Estell i po prostu pozwól się zabić!
- Estell... Essie... Moja Essie... - szeptał Seamu. patrząc na czarownika nieobecnym wzrokiem.
Chłopak recytował imię swojej ukochanej jak mantrę. Jego oddech zwolnił, wampirze kły stopniowo zaczęły znikać a oczy znów miały ludzką barwę. Najwyraźniej jej imię go uspokajało.
- Właśnie tak. Estell na Ciebie czeka. Chciałbyś ją zobaczyć?
- Tak - wyszeptał Seamus ze łzami w oczach - Przepraszam. Ja nie wiem... Co się dzieje. To bolało tak bardzo... Ale teraz trochę ulżyło.
- Już dobrze. Pomożemy Ci.
- Dlaczego Alec do mnie celuje? - zapytał nagle Mores przenosząc wzrok na pozostałych.
- Poznajesz mnie? - Alec opuścił nieco łuk, ale wciąż był czujny.
- A dlaczego nie? Jace'owi też coś zrobiłem? - Seamus przeniósł wzrok na blondyna - Luke? Tobie też?
- Przypomina sobie, to dobrze - zabrał głos Dorian - Myślę, że Estell powinna tu przyjść.
- Czy ja zrobiłem komuś z was coś złego? Jeśli tak to przepraszam ale niewiele pamiętam - wtrącił Mores.
- Nie zrobiłeś nic złego, stary. Wręcz przeciwnie. Uratowałeś Essie - Jace opuścił miecz i usiadł na jednym z łóżek.
- Pamiętasz coś w ogóle? - zaciekawił się Luke.
- Byłem z Estell w parku. Demony. Walka. Wilkołaki, wampiry, Nefilim. Jesteście czarownikami? - zwrócił się do Doriana i Ingrid - Wydaje mi się, że widziałem czerwone i granatowe snopy światła a magia Magnusa jest niebieska.
- Mądry jest - zaśmiał się Shade - Tak jesteśmy rodzeństwem Magnusa ale nie czas na zapoznania. Wrócimy do tego później. Bracie powiedz mu wreszcie.
- Co ma mi powiedzieć?
W Izbie Chorych zrobiło się duszno. Magnus przełknął głośno ślinę i trzymając mocno dłoń Aleca wypowiedział słowa, których wolałby nigdy nie wypowiadać.
- Jesteś Hybrydą. Pół - wilkołakiem, pół - wampirem. Przemiana była zapłatą za Twoje życie.  
- Kim jestem? Żartujesz, prawda?!
- Chciałbym. Niestety to prawda. Musisz nauczyć się kontrolować obie strony swojej natury. Z wilkołakiem nie będzie problemu za to wampir w Twoim ciele może utrudniać życie - wyjaśnił Bane.
- Czy ja będę musiał pić... No wiesz...
- Krew? Tak. Ale raz na jakiś czas - oznajmiła Ingrid - Jeśli się dobrze ustawisz może to być dwa razy na pół roku.
- Nie jest tak źle. Chyba - mruknął - Ale zaraz! Magnus, przecież tworzenie Hybryd jest zabronione! Jeśli Clave...
- Dlatego musisz się kontrolować, żeby Clave się nie dowiedziało - powiedział Alec.
- W przeciwnym razie umrzesz a ja z Tobą! - dodał Bane.
- Ja nie wiem co powiedzieć, Magnus. Dziękuję to za mało.
- Po prostu skup się na nauce kontroli swojej dodatkowej osobowości. Pójdę teraz po Estell. Na pewno będzie chciała Cię zobaczyć. Przyjdzie też Maia i Lily z krwią dla Ciebie. Niestety na początku musisz to przełknąć.
- Dam radę.
- Ja myślę - rzucił czarownik po czym udał się w stronę drzwi.
Po drugiej stronie na Magnusa czekała Cate z Estell i Maryse oraz Lily i Maia.
- I co z nim? - wypaliła Estell.     
- Całkiem nieźle to przyjął, choć na początku było niezbyt ciekawie. Uspokoił się gdy wspomniałem o Tobie. Teraz możecie do niego pójść. Zanim jednak podejdziesz do Seamusa niech Lily da mu krew. Po wizycie niech chłopak zostanie w Izbie Chorych, na dwie doby. Później może dostać pokój. Jak na razie musi być pod całodobową obserwacją. Jeśli nam pomożesz Essie, to może się udać.
- Oczywiście, że pomogę! Dziękuję! Dziękuję na Anioła! Magnusie jesteś Aniołem! - szlochała Estell.
- Biorąc pod uwagę fakt, iż tatuś jest Upadłym... Mógłbym się zgodzić z tym stwierdzeniem, biszkopciku. A teraz idźcie już. Ja pójdę do siebie - uśmiechnął się słabo po czym ruszył do pokoju.
Gdy dotarł na miejsce i zamknął za sobą drzwi, rzucił się na łóżko, ukrywając twarz w poduszce. Był zmęczony wszystkim. I zdecydowanie spędzał za mało czasu z Alexandrem.
Jak na zawołanie drzwi do pokoju delikatnie skrzypnęły a chwilę później czarownik poczuł, że materac delikatnie się ugina. Poczuł na swoich plecach tak dobrze znaną mu dłoń, która zaczęła zataczać delikatne kręgi wokół jego łopatek.
- W porządku? - głos Aleca był muzyką dla uszu czarownika.
- Chyba tak. To może się udać, Alec - powiedział, odwracając się do ukochanego.
- Jasne, że się uda. Wszystko się ułoży, zobaczysz. A kiedy to się skończy pojedziemy na wakacje, dobrze?
- Świetny pomysł. Ale na razie mam do Ciebie małą, maleńką prośbę.
- Mianowicie? - Lightwood uniósł brew.
- Połóż się tu ze mną na chwileczkę. Pozwól mi zapomnieć o tym koszmarze i po prostu tu bądź.
Alec zdjął buty, ułożył się obok Magnusa w łóżku i delikatnie objął go ramieniem, pozwalając się wtulić czarownikowi w swoją klatkę piersiową.
- Kocham Cię, Alec - wyszeptał Bane.
- I ja Cię kocham - odpowiedział Nocny Łowca, całując w czoło ukochanego, który zasnął jak dziecko.

******

Gdy wraca do domu pierwsze co robi to idzie do biblioteki, gdzie zasiada w swoim ulubionym, masywnym fotelu. Tam może wziąć głęboki wdech i odpocząć. Nawet demony mają pełne ręce roboty.
Tym razem na prawdę miał do ogarnięcia niezły bałagan. Ale to co dopiero miało nadejść...
Jest jeszcze czas. Gdy przyjdzie pora na interwencję będzie wiedział. Teraz odpocznie w swojej ukochanej bibliotece.  
Pomimo, że jest demonem lubi czytać, kocha sztukę i dobrą muzykę oraz jak większość sytuowanych demonów przepych, bogactwo i zakłady.            
Wziął do ręki książkę i zaczął czytać, lecz nie mógł się w ogóle skupić na tekście.
Co jeśli źle wszystko obliczył? Jeśli będzie przekonany, że ma czas a tak na prawdę mu go zabraknie?
Nie.
Nie mógł się pomylić.
Sięgnął po szklankę, którą wypełnił do połowy bursztynowym płynem i ponownie zatopił się w lekturze.

******

Witajcie kochani! Wróciłam ! Wybaczcie mi, że taka duża przerwa między rozdziałami ;/ 
Rozdział może krótki ale za to już pisze się kolejny!
Jak wam się podoba?
Chciałam, żeby był dłuższy no ale ze względu na to, że poświęciłam rozdział hybrydzie, musiałam zmienić plany i z jednego rozdziału zrobić dwa.
Dziękuję tym wszystkim, którzy czekali :* <3

- Wasza Ashley ;3

Ps. Uzupełniałam słowniczek ;D
Pss. W kolejnym rozdziale będziemy mieć rozmowę Maryse i Roberta oraz usłyszymy ciekawą historię ;)

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Rozdział 18

Nie żyje. Nie żyje. Nie żyje.
Te słowa sprawiły, że zrobiło jej się ciemno przed oczami. Czy to się dzieję na prawdę?!
- Nie... - wyszeptała Estell - Nie!
Dziewczyna upadła na kolana, ukryła twarz w dłoniach i zaczęła głośno płakać.
- Przykro mi. Próbowałem... - Magnus nie dokończył zdania, ponieważ widok płaczącej Essie sprawił, że i z jego oczu popłynęły łzy. Klęcząc tak bezradnie, wydawała się czarownikowi jeszcze drobniejszą istotą, niż jest w rzeczywistości.
Niespodziewanie Estell zerwała się z miejsca i rzuciła się w stronę bezwładnego ciała wilkołaka.
- Seamus słyszysz mnie?! Obudź się, skarbie! Nie rób sobie żartów! - mówiła do niego, nerwowo głaszcząc dłoń, która ku jej przerażeniu była zimna.
- Estell... - Maryse zrobiła krok w jej kierunku - Skarbie on nie śpi. On odszedł.
- On sobie tylko żartuje!
- Proszę, Essie...
- Dlaczego mi to robisz?! - krzyknęła niespodziewanie, nie zwracając uwagi na pozostałych - Dlaczego teraz odchodzisz?! Jesteś cholernym egoistom! Kłamałeś! Cały czas! Ty cholerny sukinsynu!
Estell jak szalona, na oślep uderzała pięściami w jego klatkę piersiową, jednak Seamus się nie poruszył. Po chwili ktoś, chwycił ją za nadgarstki i odciągnął od łóżka. Nie miała już siły, więc wtuliła się w tors, który jak się okazało należał do Luke'a i zaczęła głośno płakać.
- Już dobrze, dziecko - powiedział czule Graymark - Już dobrze.
- On odszedł.  Tak po prostu! Zostawił mnie samą! Właśnie teraz! Był moją jedyną rodziną! - mówiła przez łzy.
- A my? - zapytała Maryse, kładąc jej dłoń na ramieniu - Nie jesteśmy Twoją rodziną?
- Oczywiście,  że jesteście. Ale Seamus... Był moją własną rodziną - szlochała.
- Powinnaś trochę odpocząć, skarbie.  Chodź, dam Ci herbatkę na uspokojenie - zaproponowała Catarina, wyrywając Estell z ramion Luke'a.
- Nie. Nie. Nie. Ja muszę tu zostać,  bo...
- Obiecuję, że wrócimy kiedy tylko trochę odpoczniesz, dobrze?
Dziewczyna niechętnie przytaknęła i pozwoliła by czarownica wyprowadziła ją z Izby Chorych.
W pomieszczeniu zapanowała cisza.
Maryse zaczęła obserwować pozostałych świadków tragedii, która dosięgła Estell.
Luke po wyjściu dziewczyny opadł na najbliższe krzesło, po czym ukrył twarz i pozwolił płynąć łzom. Clary stała wtulona w tors narzeczonego a Isabelle patrzyła przez okno na nowojorską noc. Dorian starał się zachować kamienną twarz, lecz smutek i współczucie wygrały z jego bez emocjonalną maską. Kiedy Maryse przeniosła wzrok na stojącą obok niego Córkę Asmodeusza zauważyła, że jej czerwone włosy zrobiły się nieco jaśniejsze. Nawet Ingrid, która nienawidzi mężczyzn, poczuła smutek. W końcu wzrok pani Lightwood zatrzymał się na Magnusie. Bane stał w objęciach Alexandra. Maryse wiedziała, że czarownik ma wyrzuty sumienia z powodu Seamusa lecz każdy doskonale wiedział, że zrobił on wszystko, co tylko mógł.
Kobieta już chciała się odezwać lecz Jace ją uprzedził.
- To moja wina.
Wzrok każdego, kto był obecny w Izbie Chorych, zwrócił się w stronę młodego Łowcy.
- O czym Ty mówisz, Jace? - zapytała Clary, uwalniając się nieco z jego uścisku.
- Gdybym biegł szybciej...
- Daj spokój, Jace. Nie możesz tak myśleć. Wszyscy możemy się o to obwiniać, że żadne z nas go nie ochroniło, ale po co? Czy to przywróci mu życie? Nie. A teraz wybaczcie, ale pójdę do Simona i Becky - powiedziała Isabelle, ocierając samotną łzę płynącą po jej policzku, po czym wyprostowała się i wyszła z pomieszczenia.
- Isabelle ma rację. Nie możesz się obwiniać, Jace - skarciła go Clary.
- Może i ma racje, ale to nie zmienia faktu...
- Koniec tematu, Jace! Jutro razem z Clary udacie się do Idrisu po nową uczennice, Sophie Alderkey. W obecnej sytuacji, oczywiste jest to, że dziewczyna nie może przekroczyć Bramy sama - oświadczyła Maryse.
- Oczywiście, mamo - odpowiedział blondyn.
- W takim razie idę napisać Ognista Wiadomość do Diany - dodała kobieta, po czym opuściła Izbę Chorych.


- Alec, ja... Próbowałem ... Nie mogłem zrobić nic więcej...
- Cii. Wiem, Magnus, wiem.
Nocny Łowca delikatnie pocałował jego skroń i ukrył swoją twarz we włosach Bane'a. Tak bardzo się o niego martwił. Rzadko widział ukochanego w takiej rozsypce.
Wielki Czarownik Brooklynu zawsze wykonywał swoją pracę dokładnie, z wielkim zaangażowaniem a w szczególności z powodzeniem. Tym razem również się przyłożył a mimo to nie udało mu się uratować wilkołaka. Jad demona był zabójczy. Tylko jedna rzecz, a raczej substancja mogła go uratować. I Na Anioła, jeśli coś zawiodło - to właśnie ta substancja.
Alec nigdy nie zwątpił w umiejętności Magnusa, nawet przez tą sytuację - przecież są na świecie rzeczy, na które nawet najpotężniejszy Syn Asmodeusza nic nie może poradzić. Przez chwilę zastanawiał się czy sam Anioł Razjel bądź Asmodeusz mógłby tu pomoc.
Lightwood wiedział, że Magnus obwiniał się o śmierć Seamusa, a jego poczucie winy spotęgował widok Estell. Alec widział to po jego minie, gdy czarownik odwrócił się do niego; widział łzy, ból oraz bezradność. Serce Nocnego Łowcy niemalże pękło. Nie tylko stan Magnusa go martwił. Czarownik prędzej czy później pogodzi się z sytuacją i dojdzie do siebie. Z Estell będzie o wiele trudniej.
- Alec?
- Tak?
- Zauważyłeś zachowanie Estell? - spytał czarownik, odsuwając się nieco od Lightwood'a, by móc spojrzeć mu w oczy.
- A kto nie zauważył? Jak Ty byś się zachowywał, gdybyś stracił miłość swojego życia?
- Oszalałbym. Postradałbym zmysły, gdyby coś Ci się stało - odrzekł z powagą czarownik.
- Czyż nie tak własnie się zachowuje? Mam pewne podejrzenia i dlatego bardzo się o nią martwię.
- Doprawdy? - Magnus uniósł brew - Podzielisz się ze mną swoją wiedzą?
Alec rozejrzał się dyskretnie po pomieszczeniu, co sprawiło, że serce czarownika zaczęło bić jak oszalałe. Czyżby Alec myślał o tym samym?
- Martwię się... Boję się, że Essie zrobi sobie krzywdę - wyszeptał mu do ucha Lightwood.
Kiedy nieco odsunął się od czarownika Alec zauważył, że na twarzy Magnusa pojawiło się... rozczarowanie?
- Coś nie tak? Nie o to Ci chodziło? - spytał.
- Czemu tak sądzisz? - Magnus zorientował się, że Alec intensywnie mu się przygląda.
- Bo wyglądasz na zawiedzionego.
- Oczywiście, że jestem zawiedziony biszkopciku. Ale nie Tobą. Jestem zawiedziony, ponieważ myślę tak samo - Magnus westchnął głęboko - Miałem nadzieję, że myślisz o czymś innym i właśnie Twoje przypuszczenie okaże się prawdziwe.
- Wszystko będzie dobrze. Nie spuścimy Estell z oka. Jakoś się ułoży - powiedział Alec i ponownie przytulił do siebie Magnusa.
Znowu skłamałeś, Bane! 
Cichutki głosik odbijał się echem w głowie czarownika.
To prawda. Okłamał Alexandra, chociaż obiecał sobie, że nigdy tego nie zrobi.
Ale jeśli podejrzenia czarownika były prawdziwe...
Na razie nie wspomni o tym nikomu.
Zbada cała sprawę. Dopiero później wyzna Alexandrowi prawdę.
Byleby nie za późno, Bane! Byleby nie za późno...

******

Po śniadaniu Arthur Alderkey postanowił urządzić małą wycieczkę po Alicante.
Diana wiedziała, jak dziewczynki uwielbiają robić razem zakupy, więc podarowała obu córkom dość pokaźną sumę pieniędzy. Sophie i Sanaheij biegały od sklepu do sklepu, znajdując co chwilę jakąś nową rzecz, bez której So "nie może" wyjechać do Nowego Jorku.
- Nie za bardzo je rozpieszczasz? - Arthur mruknął żonie do ucha, obejmując ją jednocześnie w talii.
- Może troszeczkę - odpowiedziała zalotnie, splatając palce na jego karku.
Mężczyzna spojrzał swojej żonie głęboko w oczy i uśmiechnął się.
- Tak bardzo Cię kocham, Diano - powiedział przyjemnym, niskim głosem, po czym złączył ich usta w delikatnym pocałunku.
- Nie ładne tak molestować dobrze urodzoną niewiastę w miejscu publicznym.
Gdy Arthur odsunął się nieco od Diany, zobaczył swoje córki stojące na przeciwko z pełnymi torbami zakupów.
- Już skończyłyście? Świetnie! Umieram z głodu. Może pójdziemy na obiad? Mama przygotowała takie pyszności...
- To nie zmienia faktu, że obściskujecie się jak nastolatkowie! - zachichotała Sanaheij.
- I kto to mówi! - Sophie popatrzyła na siostrę, uśmiechając się do niej szeroko.
- Oj, cicho bądź! To co, idziemy?
- Tuż za Tobą, Pando.


W drodze powrotnej Sophie i Sanaheij z wielkim entuzjazmem opowiadały rodzicom, jak wspaniałe i oczywiście "niezbędne" rzeczy sobie kupiły, a Arthur i Diana słuchali córek z wielką uwagą, od czasu do czasu powstrzymując się od wybuchu śmiechu.
Gdy zbliżali się do rezydencji Alderkey'ow, dostrzegli postać, siedzącą na schodach.
Sophie od razu rzuciły się w oczy platynowe włosy.
- No to chyba tyle z rodzinnego obiadu - mruknęła tak cicho, że tylko Arthur stojący najbliżej córki mógł to usłyszeć.
- Zawsze możemy go zaprosić, by zjadł z nami - wyszeptał mężczyzna, nachylając się do córki tak, aby tylko ona go usłyszała.
- O Razjelu! Daj mi siłę! - jęknęła.
- Widzimy się za chwilę! - powiedziała szybko Sana gdy zauważyła Thomasa i pobiegła w jego stronę.
- Ten młody Wheelbay jest całkiem miły - odezwała się Diana.
- Chyba nie - prychnęła Sophie.
- Zachowuj się, So! - skarciła ją matka.
- Dobrze już! Będę się sztucznie uśmiechać, na wszystko przytakiwać i śmiać się z mało śmiesznych żartów.
- Sophie! - matka spojrzała na nią z przerażeniem.
- Masz rację, mamo. Jego żarty w ogóle nie są śmieszne!
- Arthur! Ona jest niemożliwa! - przerażona zachowaniem córki Diana zwróciła się do męża.
- No cóż... Może lepiej to zostawmy w spokoju i chodźmy zjeść, hmm? - zapytał mężczyzna najspokojniej w świecie.
- Oczywiście! Bo po co komu dobre maniery! - prychnęła Diana - Ale pamiętaj moja droga, jeśli będziesz się źle zachowywać, osobiście dopilnuję, żebyś została w Idrisie! Jedno słowo i możesz pożegnać się z Nowym Jorkiem!
- Nie możesz tego zrobić! Co na to Clave?
- Przypominam Ci, że Twój tata jest w Clave.
Sophie spojrzała na ojca, który jedynie posłał jej przepraszające spojrzenie. Niestety nawet on zgadzał się z matką. Dziewczyna przewróciła oczami, po czym nakreśliła nad swoją głową aureolę i uśmiechnęła się sztucznie.
- Świetnie! Więc się zachowuj bo Twoja siostra i Thomas idą w naszą stronę.
- Witam! Pani Diano, pięknie pani wygląda! - Thomas ukłonił się nisko przed matką Sany.
- Miło Cię widzieć, Thomasie! - zaszczebiotała Diana.
- Pan Alderkey! Co za miła niespodzianka! - Thomas zwrócił się w stronę ojca swojej dziewczyny, który energicznie uścisnął dłoń chłopaka.
- Miło Cię w końcu poznać. Własnie mieliśmy zamiar zasiąść do obiadu. Czy zechcesz zjeść z nami, młodzieńcze? - zapytał Arthur.
- Nie chciałbym przeszkadzać...
- Bzdura! Chodź chłopcze, zrobiłam moje popisowe dania!
- Bardzo dziękuję za zaproszenie. Jeśli można chciałbym najpierw porozmawiać z państwa córką, Sophie.
Gdy usłyszała swoje imię zamarła. Czego ten dupek od niej chciał?
- Ze mną? Chyba Ci się coś pomyliło - odpowiedziała ze sztucznym uśmiechem, ponieważ cały czas czuła na sobie wzrok matki.
- Nie, So. Thomas chciał porozmawiać z Tobą w cztery oczy - odparła Sanaheij, co wprawiło Sophie w jeszcze większe osłupienie.
- Wejdźmy do środka. Przygotujemy wszystko. Tylko przyjdźcie szybko, żeby nie wystygło! - powiedziała Diana, po czym razem z mężem i z córką zniknęli za drzwiami.
- Witaj, Sophie...
- Darujmy sobie te uprzejmości, Thomas.  Nie możesz po prostu powiedzieć czego...
- Przepraszam.
Sophie otworzyła szeroko oczy, nie ukrywając swojego zdziwienia.
- Coś Ty powiedział?!
- Przepraszam, Sophie. Ty wiesz za co.
To już przeszło jej najśmielsze oczekiwania. Thomas Wheelbay we własnej osobie, zdecydował się zniżyć do tego stopnia, by kogoś przeprosić.
- No dobrze. To tylko tyle?
Chłopak przeczesał palcami swoje włosy, po czym wziął głęboki wdech.
- Nie. Chciałbym Cię prosić o drugą szansę. Nie proszę o to byśmy zostali przyjaciółmi, ale chciałbym by nasze relacje nieco się ociepliły. Tak po prostu. Zamienić ze sobą kilka słów od czasu do czasu, tolerować obecność drugiego w tym samym pomieszczeniu i nie skakać sobie do gardeł przy każdej okazji.
Sophie patrzyła na niego, jakby właśnie przed chwilą wyrosła mu druga głowa.
- Dobra co jest grane?
- Razjelu! Czy Ty musisz być taka podejrzliwa?! - jęknął chłopak.
- W stosunku do Ciebie? Tak.
- Masz rację. Nie zasłużyłem na zaufanie, ale chociaż spróbuj. Jeśli nie dla mnie, to dla Sany. Zależy mi na niej, So. Chciałbym, żeby była szczęśliwa, a...
- ... nasz rozejm ją uszczęśliwi - dokończyła za niego Sophie.
Thomas przytaknął.
Stali przez chwilę w milczeniu, patrząc sobie w oczy. So widziała w oczach chłopaka coś nowego. Kiedy mówił o jej siostrze, kiedy na nią patrzył... On na prawdę ją kocha!
- Zgoda. Zapomnijmy o tamtym.
- Dziękuję Sophie.
- Chodź. Czekają na nas - powiedziała, szturchając go łokciem, po czym razem ruszyli w kierunku drzwi.


- Pani Alderkey, jedzenie jest przepyszne!
- Cieszę się, że Ci smakuje! - odpowiedziała Diana, szeroko się uśmiechając.
Dzisiejszy obiad postanowiła zrobić specjalnie dla swoich dzieci.
Pierwszym daniem była zupa dniowa z chili - ulubiona zupa jej córek. Następnie podała ryż z chińską potrawką z kurczaka, papryki i grzybków Shi - take.
Jako deser - ulubiona przez Arthura część obiadu - Diana podała ciasto jabłkowe z cynamonem.
- Mamusia szaleje. Jesteś najlepsza! - Sanaheij odwróciła się do Diany i posłała jej całusa nad stołem.
- Naprawdę dziękuję za zaproszenie na obiad. To co pani przygotowała... Mistrzostwo kulinarne! - zachwycał Thomas.
Diana uśmiechnęła się i chciała odpowiedzieć na komplement, lecz nad jej głową pojawiła się niespodziewanie karteczka.
Ognista Wiadomość. 
- Od kogo to? - zaciekawił się pan Alderkey.
Diana jednak nie odpowiedziała, tylko zaczęła czytać. Z wielkim skupieniem i napięciem wertowała treść wiadomości. W końcu gdy skończyła czytać, Sophie zauważyła, że matka wyraźnie się rozluźniła.
- Wszystko w porządku, najdroższa? - zapytał czule Arthur.
- Tak. To wiadomość od Maryse Lightwood. Jutro na Placu Anioła w południe pojawi się eskorta dla Sophie - powiedziała spokojnie.
- Kto? - wypaliła podekscytowana Sanaheij.
- Clarissa Fairchild i Jace Herondale.
Sophie nie mogła uwierzyć. Otworzyła szeroko usta, a gdy spojrzała na siostrę i Thomasa zauważyła, że ich usta również układają się w idealne "o".
 - O jaaaa! - zapiszczała Sanaheij - Mogę Cię jutro odprowadzić?!
- Jasne.
- A czy...
- Tak, Pando. Thomas może iść z nami - uprzedziła jej pytanie i delikatnie uśmiechnęła się w stronę chłopaka.
Rodzice uśmiechali się, wyraźnie zadowoleni z jej zachowania. Thomas był jej wdzięczny. A na twarzy Sanaheij, dziewczyna zobaczyła radość. Oczy jej siostry lśniły, niczym diamenty.
Sanaheij Penyoung była szczęśliwa.
Niczego więcej Sophie nie potrzeba.

******
Po wypiciu mieszanki ziół od Catariny, Estell uspokoiła się, lecz ból, który czuła był nie do opisania. Miłość, której tak bardzo pragnęła, pojawiła się nieoczekiwanie. Wniosła w jej życie coś nowego.
Będąc zakochana, zaczęła patrzeć na wszystko z zupełnie innej perspektywy. Nawet najmniejsza rzecz potrafiła ją cieszyć, a wszystko dookoła wydawało się być piękne. Zupełnie tak, jakby ktoś założył jej różowe okulary. Nie sądziła, że ta miłość, odejdzie równie szybko jak się pojawiła.
- Jesteś pewna, że chcesz tam wracać, skarbie? - zapytała z czułością Cate.
- Wszystko w porządku, naprawdę. Chcę tam pójść i się... Pożegnać.
Ostatnie słowo ledwie przeszło jej przez gardło.
- Skoro tak... Chodźmy więc.
Idąc korytarzem Instytutu, Essie błagała samego Razjela o to, by cała ta sytuacja okazała się koszmarem. Jednak gdy dotarły do Izby Chorych i znów zobaczyła go na jednym z łózek, zaprzestała jakichkolwiek modlitw.
W pomieszczeniu dostrzegła Jocelyn, która obejmowała zapłakanego Luke'a. Clary i Jace byli pogrążeni w rozmowie z Dorianem i Ingrid a parę metrów dalej, na uboczu, stał Alec z zrozpaczonym Magnusem. Gdy młody Lightwood podniósł wzrok i zauważył ich przybycie, czarownik podążył śladem wzroku Nefilim i jego spojrzenie skrzyżowało się z spojrzeniem Estell.
Dziewczyna szybkim krokiem ruszyła w kierunku czarownika i rzuciła mu się w ramiona, głośno plącząc.
- Magnus... To nie Twoja wina! Ja wiem, że zrobiłeś wszystko, co mogłeś.
Czarownik przytulił ją mocno, po czym każdy obecny w Izbie Chorych podchodził do Estell, żeby ją przytulić. W takiej chwili dziewczyna potrzebuje ludzi, którzy będą ją wspierać.
Gdy nadeszła kolej Jace'a, Nefilim objął dziewczynę i wyszeptał jej do ucha jedno słowo.
- Przepraszam.
- Nie obwiniaj się, Jace. Proszę.
Blondyn tylko przytaknął i odsunął się od dziewczyny, by zrobić jej przejście.
Teraz czekało ją najgorsze.
Pożegnanie.
Wolnym krokiem podeszła do łózka, na którym leżał Seamus. Łzy spływały po jej policzkach, lecz starała się by opanowana. Powoli usiadła obok jego ciała i ujęła jego zimna dłoń. Jej ukochany wyglądał zupełnie tak, jakby spał.
- Seamus... Mój najdroższy! Tak bardzo Cię kocham. Już nigdy nie pokocham innego! Obiecałeś mi, że przeżyjemy... I że nie zostawisz mnie z tym samej...
Gdy Magnus usłyszał te słowa przeszedł go dreszcz. Biedna dziewczyna! Nie mógł patrzeć na jej zapłakana twarz. Przeniósł więc wzrok na Seamusa, którego skóra stała się mlecznobiała. Nie podobało mu się to.
- żegnaj na zawsze, ukochany! - jęknęła dziewczyna i oparła swoje czoło, na jego zimnej dłoni.
To koniec. Już nigdy nie zobaczy jego uśmiechu. Już nigdy nie poczuje jego ciepła. Już nigdy nie usłyszy jego...
- Dlaczego płaczesz, Essie?
Dziewczyna gwałtownie podniosła głowę i wstrzymała oddech.
Na łóżku leżał Seamus i patrzył na nią!
- Se-se-am-mus?
- A któż by inny? Co się... - chłopak urwał i głęboko zaciągnął się powietrzem.
Kiedy otworzył oczy Essie krzyknęła przerażona.
Jego oczy były czerwone, a z górnej szczęki wysunęły się... kły.
- Jestem... Głodny - wysyczał i dziewczyna zamknęła oczy, przygotowana na atak.
Jednak nic się nie stało.
Otworzyła powoli oczy i ujrzała Seamusa w jakiejś niebieskiej bańce, która otaczała mniejszą bańkę koloru czerwonego, osłaniająca z kolei bańkę najbliżej ciała wilkołaka - granatową.
W sali zapanowała cisza.
- Co tu się przed chwilą stało? - spytał Alec.
- Tego się obwiałam, Magnus - wtrąciła Catarina.
- No pięknie,.. - westchnęła Ingrid.
- Czy ktoś do cholery w końcu powie co tutaj się stało?! Seamus przecież żyje! Dlaczego zamknęliście go w tej bańce?! Zabiliście go?!
- Nie, Essie. Seamus żyje. Tak jakby... - odpowiedział Bane.
- Co to znaczy "tak jakby"?
Magnus nie odpowiadał. Wpatrywał się tylko w ciało Seamusa.
- Magnusie, co Ty mu podałeś? - zapytał Alec. Tylko on potrafił jakoś wpłynąć na czarownika.
- Krew.
- To chyba nic złego, prawda?
- Podałem mu krew Saint Clouda. Jednego z pierwszych wampirów, stworzonych przez Pierwotnego - Vlada Drakulę.
- Krew wampirów leczy, więc co z Seamusem? - dopytywał się Alec.
- Seamus jest wilkołakiem i krew zwykłego wampira mogła go leczyć, lecz ta krew należąca do Pisklaka prosto z pod kłów Pierwotnego...
- Co się z nim stało, Magnus? Co stało się z Seamusem?
- On... Stał się Hybryda. Wilkołakiem i wampirem w jednym.
Estell wstrzymała oddech. Czy coś takiego jest możliwe?!
- Cholera - wymsknęło się Alecowi.
- Cholera to za mało powiedziane - odpowiedział Bane.

******

No czeeeeeść, kochani! Jak się macie? Mam rozdział dla was 😎
I jak? Może być? 😀
Zostawcie komentarzyk po przeczytaniu Xd
Ja szybko zmykam, bo już prawie druga, a ja jutro pracuje ❤
Kocham was mocno i całuje 💕💕
Ashley 💋

niedziela, 31 lipca 2016

Rzdział 17

- Do jasnej cholery, Sana! Gdzie znów zabrałaś moją szczotkę do włosów? - Sophie stała na środku swojego pokoju i wpatrywała się w sufit.
Już jutro wyjeżdża do Nowego Jorku, więc musi się spakować. Jednak siostra, która lubi pożyczać sobie jej rzeczy i zapomina je później oddać, wcale tego nie ułatwia.
- Słownictwo, Pantero. Słownictwo - upomniał ją ojciec, który stał w drzwiach i przyglądał się córce - Gdyby to Twoja matka słyszała, uszy pękły by jej ze złości!
- Wybacz mi, tato. Ale jak mam się spakować, skoro większość potrzebnych mi rzeczy zniknęła w niewyjaśniony sposób? - jęknęła młoda Łowczyni.
Arthur podszedł do córki, położył jej swoje dłonie na ramionach i spojrzał głęboko w oczy.
- Kochanie jest godzina dziewiąta rano... Od siódmej się pakujesz, nie zjadłaś śniadania, a eskorta z Nowego Jorku będzie tu po Ciebie dopiero jutro. Może więc troszkę zwolnisz z tą przeprowadzką? Tak szybko chcesz się wynieść od starego ojca i matki?
- Wiesz, że to nie tak, tato... Ja najzwyczajniej w świecie nie chcę niczego zapomnieć! - westchnęła dziewczyna.
Arthur przysunął do siebie córkę i wziął ją w objęcia.
- Moja mała Sophie... Tak bardzo jesteś do mnie podobna.
W tej właśnie chwili do pokoju wbiegła Sanaheij.
- Jestem, So! Mam szczotkę! - powiedziała dysząc.
Penyoung zbliżyła się do siostry i wręczyła jej przedmiot.
- Na litość Razjela, Sana! Gdzieś Ty trzymała tą szczotkę?! Wygląda jakbyś wyczesała nią stado bizonów!
- Ej! Na tej szczotce są nie tylko MOJE włosy! Zobacz ile TY ich tam zostawiłaś! Całkiem spory kawałek DNA! - tłumaczyła się Sana.
- Skąd wiesz?! Nasze włosy są tego samego koloru!
- Doprawdy? Masz naprawdę niesamowity zmysł spostrzegawczy, So!
- Dziewczyny dajcie spokój! Szczotkę można wyczyścić! - Arthur przerwał ich kłótnie - Teraz Pantera zostawia to wszystko, pójdziemy zjeść śniadanie a później spędzimy razem czas. Wy dwie, ja i mama, zgoda?
Mężczyzna przeniósł wzrok z Sophie na Sanaheij.
- Zgoda - odpowiedziała So.
- Pod jednym warunkiem - dodała Sana, posyłając siostrze porozumiewawcze spojrzenie.
- Mianowicie? - pan Alderkey uniósł brew i przyglądał się córkom z nieukrywaną podejrzliwością.
- Na śniadanie będą NALEŚNIKI! - odpowiedziały równocześnie.
- Naleśniki, tak?
- Aha. Z czekoladą! - So uśmiechnęła się szeroko.
- I z bitą śmietaną! - zapiszczała Sana.
- To biegiem do kuchni, moje panie! - Arthur zaśmiał się radośnie.
Chwilę później cała trójka przygotowywała śniadanie.

******

Nie! Błagam! Nie!
Czyjeś ramiona trzymały ją mocno; ktoś prowadził ją korytarzami Instytutu, co jakiś czas szepcąc słowa, które miały dodać dziewczynie otuchy.
Ona jednak nie słuchała. W tej chwili jej głowę wypełniał Seamus i wszystkie wspomnienia, związane z ukochanym.
Dzień,w którym Clary uczyła ją jak rozpoznawać poszczególne demony...
Podczas lekcji Clary dostała Ognistą Wiadomość od Luke'a, więc razem z Essie - by nie przerywać nauki ruszyły do siedziby nowojorskiego Stada. Gdy weszły do Jade Wolf, by porozmawiać z ojcem rudowłosej, Essie potknęła się o nogę jednego ze stolików i wpadła prosto w jego ramiona. Jego delikatny uśmiech sprawił, że serce Estell zaczęło bić jak oszalałe. A po tym, jak zamieniła z nim kilka słów i chłopak zaprosił ją na randkę - kompletnie straciła głowę.
Ich pierwsza randka w Central Parku...
Pierwszy pocałunek...
- Na Anioła, Estell!
Silne, męskie ramiona zastąpiły równie silne ręce kobiety. Jej uścisk przywołał rzeczywistość i odpędził wspomnienia, których tak bardzo potrzebowała w tej chwili.
- Jak Ty się znalazłaś w samym środku tego piekła?! - zapytała z troską Maryse, wciąż tuląc do siebie dziewczynę.
- Nie teraz, mamo. Zabierzcie ją stąd.
Alec.
To on pomógł jej przejść przez Portal i dotrzeć do Instytutu.
Estell wyswobodzona z objęć Maryse chciała coś powiedzieć, gdy nagle rozległ się przeraźliwy krzyk Seamusa.
- Gdzie on jest? Co z nim? - zapytała Aleca.
- W Izbie Chorych. Magnus już się nim zajmuje - wyjaśnił Nocny Łowca - Powinnaś odpocząć, Estell. Po tym co się dzisiaj wydarzyło...
- Ty nic nie rozumiesz - wyszeptała dziewczyna, po czym biegiem rzuciła się w kierunku Izby Chorych.
- Estell! - krzyknął za nią Alec, lecz ona biegła dalej.
Teraz musiała być przy swoim ukochanym.
Kiedy tylko dotarła pod salę, w której się znajdował wilkołak, ponownie usłyszała jego krzyk. Nie czekając ani chwili dłużej otworzyła drzwi.
W pomieszczeniu był Luke, Jace i Clary, Isabelle i czterech czarowników.
- Estell... - dziewczyna poczuła na swoim ramieniu czyjąś dłoń.
- Ja muszę tu być razem z nim, Alec.
- Musisz odpocząć.
- Nie rozumiesz? - zapytała, patrząc mu prosto w oczy - Kto jak kto, ale TY powinieneś zrozumieć.
- Rozumiem Cię. Nie chcieliśmy, żebyś na to patrzyła.
- Ty bez wątpienia byś patrzył, gdyby chodziło o Magnusa. Nawet jeśli zajmowałby się nim sam Razjel lub Asmodeusz.
Miała rację. Gdyby to Magnus był na miejscu wilkołaka, Lightwood by nie ustąpił.
- Alexandrze, co Estell tutaj robi?
Magnus podszedł do nich szybkim, zdecydowanym krokiem.
- Proszę. Chcę zostać - wyszeptała dziewczyna.
Czarownik przeniósł wzrok z Estell na swojego chłopaka.
- Cóż, ma niepodważalne argumenty - westchnął Alec - Poza tym uciekła mi.
- Skoro tak - zgoda. Zostań. Pod warunkiem, że obiecasz mi coś - powiedział Bane.
- Co tylko chcesz.
- Jeśli będzie to dla Ciebie zbyt wiele, pójdziesz grzecznie z Alexandrem.
- Zgoda - powiedziała dziewczyna bez wahania.
- Chodźcie.
Magnus odwrócił się i ruszył w kierunku łóżka, na którym leżał Seamus.
Chłopak jęczał z bólu. Estell przystanęła niedaleko - chciała widzieć wszystko i jednocześnie nie przeszkadzać. Z jej oczu płynęły strumienie łez. Gdy wzrok dziewczyny zatrzymał się na ranie wilkołaka, ręką zakryła usta, by stłumić krzyk.
Rana była paskudna - wielka, czarna dziura, z której sączyła się dziwna substancja. Od rany biegły czarne żyły Seamusa.
Jad z żądła demona.
Niepokojący był fakt, że stopień zakażenia z każdą chwilą zwiększał się. Czarne linie na torsie wilkołaka stawały się coraz dłuższe.
- Co teraz? - Clary zwróciła się do Magnusa.
- Sytuacja jest na prawdę ciężka. Rana jest głęboka a jad cały czas się rozprzestrzenia. Spróbuję pewnego zaklęcia - odparł czarownik, po czym uniósł dłonie nad Seamusem.
Z jego dłoni wypłynęło niebieskie światło, gdy Magnus nucił zaklęcie. Wszyscy w milczeniu wpatrywali się w poczynania czarownika. Jednak po chwili jego twarzy wykrzywiła się a na skroni pojawiła się kropelka potu.
- To na nic! - krzyknął zirytowany Bane, a jego oczy zalśniły jaskrawo - żółtym blaskiem.
Zaklęcie sprawiło, że chłopak leżał spokojnie a jego jęki ustały. Jednak zakażenie wciąż posuwało się na przód.
- Może wezwijmy Asmode...
- Nie, Dorian. Nawet sam Razjel nie pomoże - odparł Magnus z zadziwiającym opanowaniem.
- Nie możesz nic zrobić? - do oczu Isabelle napłynęły łzy.
- Obawiam się, że nikt nie może.
Clary wtuliła się w klatkę piersiową Jace'a i zaczęła płakać. Luke usiadł na jednym z krzeseł i ukrył twarz w dłoniach. Catarina również płakała, otulona ramieniem Doriana. Ingrid stała z grobową miną, wpatrując się w leżącego spokojnie Seamusa.
Alec podszedł do Magnusa i położył mu dłoń na ramieniu.
- Zabierz stąd Estell - powiedział czarownik.
- Co?! Nie! Nigdzie nie idę! Czemu nic nie robicie?! - zrozpaczona Estell krzyczała, wodząc wzrokiem po wszystkich obecnych w pomieszczeniu.
- Essie, zrozum...
- Co mam zrozumieć, Isabelle? Że mój ukochany umiera?! Że właśnie w tej chwili, miłość mojego życia odchodzi na zawsze?! Masz pojęcie o czym mówisz?! Chcesz, żebym tak po prostu zaakceptowała jego śmierć, odwróciła się i szła dalej do przodu?!
- Essie, proszę... - tym razem spróbował Alec.
- Nie! - krzyknęła dziewczyna, ocierając łzy - Magnusie, błagam! Zapłacę Ci ile będziesz chciał! Sprzedam nawet swoją duszę, tylko na litość Razjela - uratuj go!
- Tu nie chodzi o zapłatę. Chciałbym mu pomóc, ale nie mogę. On umiera, Essie.
- Nie! - dziewczyna upadła na kolana i zaczęła głośno płakać.
Isabelle podeszła do niej, przykucnęła obok i mocno przytuliła dziewczynę.
Niespodziewanie do Izby Chorych weszła Maryse.
- Co z nim? - zapytała, lecz gdy dostrzegła Estell nie musiała pytać o nic więcej.
Podeszła do młodej Brown, którą obejmowała Isabelle i wzięła w objęcia obie dziewczyny.
Nagle Magnus wzdrygnął się delikatnie, lecz nikt, oprócz Aleca tego nie zauważył. Wzrok czarownika był nieobecny. Wyglądał zupełnie tak, jakby czegoś nasłuchiwał.
- Magnus, co się dzieje? - zapytał Alec, widząc jego dziwne zachowanie.
- To ryzykowne, Inn - odezwał się Bane - Ale to nasza jedyna szansa. Dorian?
- Później będziemy się zastanawiać nad ewentualnymi odchyleniami - odparł Shade.
- Co Ty chcesz zrobić?! - zaniepokoił się Lightwood, gdy jego chłopak rzucił się w kierunku swojej torby, która pojawiła się jakby znikąd.
Wzrok wszystkich skierowany był w stronę czarownika. Po krótkiej chwili Magnus trzymał w ręce maleńką fiolkę z czarnym płynem.
- Nie wiem czy to pomoże, ale...
- Spróbuj, błagam! - przerwała mu Estell.
W jej oczach pojawiła się delikatna iskierka nadziei.
- Magnus, chyba nie chcesz powiedzieć, że to...
- Tak, Cate.
- Ale to szaleństwo! Wiesz co się może stać, prawda?!
- Jasne, że wiem. "To" - Magnus uniósł fiolkę do góry - nasza ostatnia szansa.
Czarownik szybkim krokiem zbliżył się do Seamusa.
- No już, kolego. Otwórz buzię - zwrócił się do niego Bane.
Wilkołak z wielkim trudem wykonał polecenie czarownika, który wlał mu do ust kilka kropel substancji z tajemniczej fiolki. Następnie czarownik skierował fiolkę nad ranę chłopaka i również do niej wlał kilka kropel. Kiedy to zrobił, do łóżka rannego zbliżyła się Ingrid i Dorian.
- Cate? A Ty? Dobrze wiesz, że im nas więcej tym lepiej - powiedział Magnus.
- Jeśli bierzesz na siebie całą odpowiedzialność.
Czarownik posłał jej promienny uśmiech i przytaknął. Cate podeszła do trójki czarowników i wszyscy razem zaczęli śpiewać zaklęcie.
Gdy skończyli ciało Seamusa wygięło się w łuk a z jego ust wydobył się przeraźliwy krzyk. Chłopak dostał drgawek, na jego czole pojawił się pot. Szeroko otwarte oczy wilkołaka lśniły złocistym blaskiem.
- Co się dzieje? - wydusiła z siebie przerażona Estell.
Dziura w boku Seamusa zaczęła się zarastać, a żyły odzyskiwały normalny kolor.
- Udało się? - Jace zadał Magnusowi pytanie.
Czarownik jednak nie odpowiedział. Coś było nie tak. Pomimo, że po ranie został jedynie ślad a żyły nie były czarne i bardzo widoczne, Seamus wciąż miał drgawki. Magnusowi wydawało się, że jego skóra zrobiła się bledsza. Gdy w końcu chłopak opadł spokojnie na poduszki, Bane podszedł do niego. Uniósł dłonie nad ciałem Seamusa, a z jego rąk popłynęły strumienie niebieskiej magii. Trwało to dosłownie kilka sekund.
- Magnus? - zapytała Maryse - Co z nim?
Czarownik odwrócił się od wilkołaka. Stał przez chwilę, wodząc wzrokiem po wszystkich obecnych w Izbie Chorych.
- Magnus?
Alec podszedł do czarownika i położył mu dłoń na ramieniu.
- Magnus, co...
- Nie żyje. Serce Seamusa przestało bić.

 ******

Witam was, Biszkopciki! To ja ;D
Wybaczcie, że rozdział nie pojawił się wcześniej, ale jestem obecnie w Norwegii i nie miałam zbytnio czasu na pisanie :c 
Tak właściwie, to według planu ten rozdział powinien być rozdziałem 18 a rozdział 17 miał być w ubiegłym tygodniu...
Postaram się nadrobić rozdziałami w sierpniu ;)
Jak się podoba rozdział? ;)
Spodziewaliście się tego? Xd
Być może krótki, ale nie mogę dopisywać na siłę ;)
Buśka wam <3 

Ps. Przepraszam za błędy - jeśli są - ale publikuję z tableta, bo laptop zajęty ;*

poniedziałek, 27 czerwca 2016

Rozdział 14

 - Przyszła wiadomość od Maryse Lightwood.
Sophie wstrzymała oddech. Za chwilę jej matka przeczyta list od szefowej Instytutu w Nowym Jorku. Za chwilę dowie się, czy zostanie w Idrisie, czy go opuści.
- No cóż, kochanie... Możesz się powoli pakować. Pojutrze wyjeżdżasz!
W oczach matki So dostrzegła dumę.
- Dobrze mamo. Czy to wszystko? Jestem zmęczona i chciałabym się już położyć.
- Coś się stało? Nie cieszysz się? - zapytała Diana, ujmując dłoń córki.
- Cieszę się. W końcu będę trenować pod okiem bohaterów. Trener Cartwright też tam jest. Kto wie - może kiedyś będę legendą, jak Clarissa Fairchild.
- Przecież widzę, że coś leży Ci na sercu. Jeśli nie chcesz - nie mów. Może pocieszy Cię fakt, że Maryse zaproponowała miejsce w swoim Instytucie również dla Twojej siostry.
- Tak? To dobra wiadomość. Pójdę już.
Sophie nachyliła głowę, aby matka mogła złożyć delikatny pocałunek na jej czole. Posłała Dianie wymuszony uśmiech i wyszła z salonu.
Gdy szła schodami na piętro, usłyszała głos siostry.
- So!
Sana stała przed schodami. Patrzyła na nią, czekając na jakąś reakcje. W odpowiedzi usłyszała jedynie odgłos kroków i głośne trzaśnięcie drzwiami.
Sophie nie chciała się z nią widzieć. Nie rozmawiały ze sobą od chwili, gdy Sanaheij zostawiła ją na Polanie i poszła z Thomasem. Sama zastanawiała się, dlaczego unika siostry, chociaż tak na prawdę nie musiała tego robić, ponieważ Sana często znikała z domu - najprawdopodobniej spotykała się z Wheelbay'em. A tego Sophie nie mogła zaakceptować. Poprawka. JEGO nie mogła zaakceptować.
- Sophie, otwórz!
Słysząc głos Sany, dziewczyna usiadła na łóżku, podciągnęła kolana pod brodę i zamknęła oczy.
- Wiem, że tam jesteś! Otwieraj, słyszysz?!
Sana uderzała energicznie pięścią w jej drzwi.
- Na Anioła! Dlaczego jesteś taka uparta?!
Sophie usłyszała ostatnie, ciężkie uderzenie. Jej serce właśnie pękło na miliony kawałeczków, wielkości ziarnka piasku. Przesadziła.
Nie powinna się tak izolować od siostry tylko dlatego, że ta spotyka się z nieodpowiednim facetem. Sana zawsze była obok, gdy Sophie jej potrzebowała. Były nie tylko siostrami ale również przyjaciółkami.
Czy to przez zazdrość? Czy Sophie zazdrościła Sanie, że się z kimś spotyka?
Nie! Na mózg Ci chyba padło! - odezwał się cichy głosik w jej głowie.
Sophie była ładna. Na prawdę ładna. Długie, brązowe włosy, naturalnie pofalowane, idealnie kontrastowały z bardzo ciemnymi oczami - takimi jak u jej matki.
Wielu chłopców oglądało się za nią, ale ona nie chciała spotykać się z żadnym z nich.
Wolała czytać książki.
Kolejne uderzenie, tym razem słabsze. Czy Sana sobie poszła? A może siedziała pod drzwiami, jak wtedy, gdy Sophie miała karę i była zamknięta w pokoju?
Nocna Łowczyni bezszelestnie wstała z łóżka i podeszła do drzwi. Jej siostra wciąż tam była. I płakała.
- Sanaheij... Przepraszam.
- Dlaczego mi to robisz?! Nie chcesz ze mną nawet porozmawiać! Nie możesz sobie tak bez słowa mnie unikać!
Miała rację. Sophie wyjęła zza paska stelę i narysowała na drzwiach Runę Otwarcia. Zanim zdążyła dotknąć klamki, drzwi gwałtownie się otworzyły i weszła przez nie Sanaheij, rzucając się siostrze na szyje. Dziewczyna wtuliła się w siostrę i zaczęła głośno płakać.
- No już... Ciii. Przepraszam, mała. Jestem kompletną kretynką.
- Masz rację. Jesteś. Czy porozmawiasz ze mną w końcu?! Bałam się, że nie odezwiesz się do mnie już w ogóle i sobie wyjedziesz! - powiedziała oskarżycielskim tonem.
- Nie zrobiłabym tego. Chodź, usiądziemy.
Sophie usiadła na łóżku, a Sana na przeciwko niej.
- To może przejdę do sedna... Co Ci strzeliło do tego głupiego łba, że przestałaś się do mnie odzywać?! Unikałaś mnie! - wytknęła jej Sanaheij.
- A Tobie co strzeliło do tego głupiego łba, że zaczęłaś się spotykać z Wheelbay'em?! Nie unikałam Cię. To Ciebie ciągle nie było w domu - obroniła się Sophie.
- Tak nie dojdziemy do porozumienia. Dlaczego tak bardzo go nie lubisz? Podkochuję się w nim od dwóch lat. W końcu moje marzenie się spełnia i Tom mnie zauważa, a Ty zamiast się ze mną cieszyć, obrażasz się na mnie!
- Pytasz mnie czemu go nie lubię? Może dlatego, że jest dupkiem, który zabawia się z dziewczyną a później ją rzuca? Może dlatego, że kiedyś podwalał się do mnie?
- A kto się do Ciebie nie podwalał, So? Jesteś śliczna! Jest tylu wspaniałych facetów a Ty ciągle sama!
- Co mam Ci powiedzieć, hmm? Nie będę szukać miłości na siłę. Jeśli kiedyś ma mnie spotkać - poczekam. Ty miałaś marzenie, żeby Thomas zauważył Cię w końcu i pokochał, prawda? Moim marzeniem jest kochać kogoś z wzajemnością tak, jak kochają się Jace i Clary.
Sophie westchnęła głęboko i rzuciła się na łóżko. Przekrzywiła głowę tak, by spojrzeć siostrze w oczy. Sana położyła się obok niej i złapała ją za rękę, tak samo jak w dzieciństwie.
- Moje marzenie już się spełniło, So. Już czas, by spełniło się i Twoje - wyszeptała Penyoung.
- Kocham Cię, Pando - wyszeptała Sophie.
- Ja Ciebie też, Pantero. To co, zgoda?
- Jasne. Ale pamiętaj, że jeśli Thomas posunie się za daleko i Cie skrzywdzi, to wyrwę mu...
- Okej! Wyraziłaś się jasno! - zachichotała Sana.
Jej śmiech sprawił, że Sophie również zaczęła chichotać.
- Więc pojutrze wyjeżdżasz? - zapytała Sanaheij, kiedy opanowała swój chichot.
- Tak. Będziesz tęsknić?
- Głupie pytanie! Będę pisać codziennie, ale wysyłać raz w tygodniu - odpowiedziała.
- Czy mama mówiła Ci, że Ty też pojedziesz się szkolić do Nowego Jorku, po egzaminach? - spytała So.
- Naprawdę? NAPRAWDĘ?! Razjelu! Od teraz będę się przykładać do nauki dwa razy tyle! Muszę zadać te egzaminy! Na Anioła! Jeśli tam pojadę, poznam Isabelle Lightwood! I Clary! I Jace'a! I Aleca! Simon też tam będzie, na pewno! Przecież to chłopak Izzy! A może uda mi się spotkać Magnusa Bane'a? Wielkiego Czarownika Brooklynu! No bo to przecież chłopak Aleca, więc może pojawią się razem...
- Sądzę, że możesz poznać niektórych z nich już pojutrze - wtrąciła Sophie, przerywając siostrze.
- Co masz na myśli?
- Pani Lightwood napisała, że nie mogę przejść sama przez Bramę. Dlatego zjawi się tu ktoś z Instytutu.
- I mówisz mi o tym dopiero TERAZ?!
- Eeee. Tak? - odpowiedziała So, robiąc niewinną minę.
Nagle rozległo się pukanie do drzwi. Dziewczyny popatrzyły na siebie zdziwione, po czym Sophie odezwała się:
- Proszę.
 Drzwi otworzyły się i stanął w nich wysoki, umięśniony mężczyzna. Gdy jego duże, pogodne oczy odszukały dwie dziewczyny siedzące na łóżku, uśmiechną się szeroko, ukazując rząd śnieżnobiałych zębów.
- Tata! - zapiszczała Sana i rzuciła się w kierunku drzwi.
Mężczyzna złapał córkę w ramiona i mocno przytulił. 
- Moja mała Panda! Co słychać córeczko?
- Nie jestem małą Pandą, tato - zachichotała dziewczyna.
- Dla mnie zawsze będziesz - odpowiedział szeptem - A gdzie moja mała Pantera? - Arthur wyswobodził Sanaheij z objęć i zaczął rozglądać się po pokoju udając, że nie widzi Sophie.
- Tu jestem, tato - odpowiedziała, kręcąc głowa z niedowierzaniem.
Zeszła z łóżka i równie szybko jak Sana podbiegła do ojca, rzucając mu się na szyję.
- Słyszałem, że zdałaś egzaminy i wyjeżdżasz do Nowego Jorku?
- Słyszałam, że zostajesz w Indiach jeszcze przez miesiąc? - odgryzła się Sophie, wyswobadzając się z jego objęć.
- Taki był plany, ale Instytut został zaatakowany przez demony podczas mojego pobytu. Przyjechałem więc złożyć oficjalny raport Clave. I już nie wracam do Indii. Tak w ogóle przywiozłem wam prezenty.
- Naprawdę? - zapytała Sana z błyskiem w oku.
- Tak, mała Pando. Ale z tego co mi wiadomo mała Pantera jest zmęczona, a Ty również powiedziałaś mamie, że położysz się wcześniej, więc...
- NIE! - krzyknęły równocześnie.
- To zapraszam na dół, drogie panie - Arthur zaśmiał się radośnie i ręką wskazał wyjście z pokoju.
Sana wybiegła jak torpeda i chwilę później słychać było "Och!" i "Jakie to piękne!"
- Czy to prawda, że Sana ma chłopaka? - spytał dyskretnie Arthur, gdy wraz z Sophie schodził po schodach.
- Aha.
- Kto to?
- Tato... - So odwróciła się w jego stronę, lecz gdy spojrzała mu prosto w oczy, które patrzyły na nią z taką czułością, dodała - Thomas Wheelbay.
- Chyba muszę mieć na nią oko - mruknął Arthur.
- Aha - rzuciła Sophie, po czym weszła do salonu.

******

- Możemy porozmawiać, Catarino?
- Jasne. Stało się coś?
Dorian stał przed białowłosą kobietą i milczał. Nigdy wcześniej nie miał problemu z umówieniem się na randkę, nie zależnie od tego czy zapraszał kobietę, czy mężczyznę. Zawsze przychodziło mu to z łatwością, jakby była to rzecz tak naturalna, jak oddychanie. Jednak Catarina Loss, sprawiała że czuł się... No właśnie.
Jak nazwać TO uczucie?
Z początku myślał, że z Cate będzie tak, jak z każdą, inną kobietą.
Myliłem się. Bardzo się myliłem!
Przy tej czarownicy nawet oddychanie nie było łatwe. Kiedy za długo patrzył jej w oczy, w uszach słyszał oszalałe dudnienie serca. Czy to możliwe, że to... Miłość?     
- Wszystko w porządku, Cate. Ja chciałem... Pomyślałem... Może chciałabyś...
- Z przyjemnością  - odpowiedziała, nim zdążył skończyć.
- Serio?
- Serio, serio - wyszeptała i pocałowała go w policzek.
- Więc... Pracujesz jutro? - spytał bardziej opanowany.
- Tak się składa, że mam wolne - odpowiedziała zalotnie.
- Cudownie! Więc zabieram Cię na małą wycieczkę, zgoda?
- A co z Ingrid? Chcesz zostawić ją tutaj samą? Dopiero co przyjechała, więc...
- Magnus poniańczy trochę młodszą siostrzyczkę.
- Co chcesz przez to powiedzieć? - zaciekawiła się czarownica.
- Ingrid też jest córką Asmodeusza. Tyle, że ona sama o tym nie wie.
- No proszę! Nie dość, że mój przyjaciel ma brata to jeszcze i siostrę!
- Sam byłem w szoku, gdy dowiedziałem się, że moja przyjaciółka, którą traktowałem jak siostrę, jest nią w rzeczywistości. W dodatku okazało się, że mój brat jest Wielkim Czarownikiem Brooklynu i najpotężniejszym synem naszego Ojca - odpowiedział szeroko uśmiechając się.
- W takim razie do jutra, Dorianie - na pożegnanie Cate musnęła delikatnie jego wargi.
- Do jutra.

Kiedy czarownica zniknęła za drzwiami swojego pokoju, Dorian ruszył w kierunku Biblioteki. Miał nadzieję, że spotka tam brata, zanim ten zaszyje się ze swoim chłopakiem w sypialni. Cate zgodziła się pójść z nim na randkę, co bardzo go ucieszyło. Zadowolony czarownik szedł korytarzem, szczerząc się sam do siebie.
- Nikt mnie nie musi niańczyć.
Shade zatrzymał się. Nie musiał sprawdzać, do kogo należy ten głos.
- Podsłuchiwałaś, Inn? - Dorian odwrócił się gwałtownie i posłał jej lodowate spojrzenie.
- Tak. Wiesz, że tego nie robię, ale gdybym dziś, przez przypadek nie usłyszała Twojej rozmowy z Cate...
Ingrid podeszła do Shade'a i spojrzała mu prosto w oczy.
- Kiedy zamierzałeś mi powiedzieć?
- Sam wiem o tym od niedawna, mała - powiedział i wziął ją w objęcia.
Ingrid oddychała ciężko. Przez chwilę wydawało mu się, że jego siostra płacze. Ale Ingrid Fire tego nie robi.
- Więc... Mam dwóch braci? - zapytała odsuwając się od Shade'a.
W jej czerwonych oczach tańczyły radosne iskierki.
- W rzeczy samej - wyszczerzył się Shade.
- W takim razie Ty idź jutro na randkę, a ja sobie poradzę.
- Na pewno? - spytał.
- Wiesz z kim rozmawiasz? - czerwonowłosa spojrzała na niego z ukosa.
- Luz. Wygrałaś.
- No więc wszystko ustalone! Odprowadzisz mnie do pokoju, braciszku? - Inn zamrugała rzęsami, robiąc minę małego szczeniaczka.
Dorian zaoferował jej ramię i ruszyli korytarzem przed siebie.
- Zauważyłaś, że wszyscy w tym Instytucie są jak rodzina? - zapytał znienacka.
- Tak. Jestem pozytywnie zaskoczona. Nefilim, Podziemni i nawet Przyziemni!  
- Taaak. I pomyśleć, że nasz braciszek przyłożył do tego rękę!
- Magnus wie? - zapytała Ingrid.
Dorian posłał jej pytające spojrzenie.
- O tym, że jesteśmy rodzeństwem. Nasza trójka - odpowiedziała na jego niezadane pytanie, przewracając przy tym oczami.
- No jasne, że wie.
- Dlaczego jestem ostatnią wtajemniczoną?
- Czekałem na odpowiedni moment. Poza tym wiem tylko ja, Magnus, Alec, Cate i Ty.
Przez chwilę szli w milczeniu.
Zaskakujące jest to, jak życie może odwrócić się do góry nogami w kilka dni.
Jeszcze nie dawno trójka przyjaciół, trzymających się razem i pomagający sobie wzajemnie zwiedzała świat. Dziś zostało ich dwoje: Dorian i Ingrid - rodzeństwo Magnusa Bane'a.
- Lubię ich - powiedziała Ingrid - Mieszkańców tego Instytutu.
- Naprawdę? To rzadkość, siostrzyczko - zaśmiał się czarownik.
- Wiem. Ale tutaj, w Nowym Jorku... Widziałeś jak tutejsi Nocni Łowcy traktują gosposię? Jak równego sobie! Zwracają się do niej z szacunkiem, jakby była jednym z nich. To samo dotyczy Podziemnych. Na przykład Luke. Wiem, że kiedyś był Nefilim, ale w obecnej chwili jest likantropem. A Magnus? Traktują go jak rodzinę. Chylę czoła!
- Maryse Lightwood wprowadziła zasadę równości w tym Instytucie. Wszyscy są sobie równi. Zauważając, że kiedyś wyznawała politykę Kręgu Valentina... Bardzo się zmieniła. Na lepsze, oczywiście!
- Pani Lightwood i Isabelle są pięknymi, silnymi i niebezpiecznymi kobietami. Becky jest grzeczna, ale ma pazur, więc lepiej z nią nie zadzierać. Estell to skromna i cicha dziewczyna. Jocelyn ma w sobie dużo ciepła i miłości, ale kiedy trzeba jest twarda. A Clary jest świetnym Nefilim. Biorąc pod uwagę fakt, że pokonała Valentina, Sebastiana i tą sukę Lilith, nie radziłabym być jej wrogiem.
- I wiesz to wszystko po jednym spotkaniu z nimi? - zapytał czarownik unosząc brew.
- Oczywiście! Swoją drogą, Clary ma prześliczny kolor włosów. Myślisz, że pasowałyby mi takie pasemka?
- Jasna, Inn. Jesteś śliczna i we wszystkim Ci do twarzy - czarownik puścił jej oczko - A co z męską częścią rodzinki?
- Jace jest sarkastyczny, ale go lubię. On i Clary są świetną parą. Simon jest uroczo zakochany w Izzy, a Luke jest bardzo opiekuńczy. Widziałeś jak zajmuje się żoną? Trener Cartwright jest surowy i wymagający, a każde jego słowo przypomina o dyscyplinie. Magnus ma w sobie coś, przez co nie da się go nie lubić. A Alec? Bystry, inteligentny, przystojny wojownik. Magnus nie mógł lepiej trafić.
W końcu dotarli pod drzwi pokoju, który został przydzielony Ingrid.
- Czy Cate to coś poważnego? - zapytała czerwonowłosa, lustrując brata od stóp do głów.
- Nie wiem. Przy niej jest jakoś tak inaczej.
- Nie spieprz tego, Shade! - pogroziła mu palcem i weszła do pokoju.
- Mała czarownica - mruknął Dorian i z uśmiechem na twarzy ruszył na poszukiwania Magnusa.

****** 

 Idąc przez park, modliła się, by Seamus pojawił się jak najszybciej.
Czy to dziwne, że ktoś widzący rzeczy niewidoczne dla innych boi się iść samemu w nocy?
Estell bała się. Bardzo szybko dotarła do ławki, na której zawsze się spotykali.
Usiadła na niej i wzięła głęboki oddech. Teraz musi czekać.
Tej nocy na niebie nie było ani jednej gwiazdy. Jedynie księżyc świecił, rzucając na ziemię upiorną poświatę. Wyglądało to mniej więcej jak scena w tanim horrorze, które Estell oglądała z Oriją.
W pewnej chwili dziewczyna usłyszała cichy szelest, dochodzący z krzaków obok.
- Se-se-amus?
Kiedy poczuła czyjąś dłoń na ramieniu zamarła.
- Jestem, najdroższa. Przepraszam za spóźnienie, ale Maia zrobiła jakieś pilne zebranie.
Seamus posłał jej promienny uśmiech i przyciągnął ją do siebie, złączając ich usta w delikatnym pocałunku.
- Jak się miewa moja księżniczka? - zapytał.
- Wspaniale, wilczku.
- Dobry humor dopisuje, jak widzę.
- Zawsze, kiedy jesteś obok - wyszeptała i pocałowała go.
Gdy pojawił się Seamus, znikał strach.
Jego ramiona - były domem.
Jego usta - ukojeniem.
Jego miłość - lekiem na całe zło.
Chłopak niespodziewanie przerwał pocałunek.
- Co się dzieje? - wyszeptała.
- Słyszałaś to, Essie?
- Nie. Seamus co tak śmierdzi? - zapytała dziewczyna, zatykając nos.
Wilkołak wziął głęboki wdech, wciągając powietrze nosem. Jego oczy szeroko się otwarły.
- Demony. Ponad tuzin.
Estell poczuła, że nogi odmawiają jej posłuszeństwa.

******
       

Siemanko ;) To ja z rozdziałem kolejnym. Nudny, co? ;p
Nie wiem czemu, ale coś mi tu nie pstryknęło xD
Co zawiodło? 
A trochę tego jest ;p
Co sądzicie?! Myślę, że od kolejnego rozdziału zrobi się ciekawiej!
Dajcie jakiś ślad, że jesteście, robaczki ;*  
 Ashley <3

niedziela, 19 czerwca 2016

Rozdział 13


Droga Diano!

Niezmiernie mi miło przeczytać tak wspaniałe opinie na temat mojego Instytutu.
Jestem również wielce zaszczycona, z powodu Twojej prośby.
Niewiarygodne jak szybko płynie ten czas!
Malutka So zdała już egzaminy wewnętrzne?!
Musisz być z niej dumna!
Oczywiście, że przyjmę twoją Sophie!
Jeśli dobrze się orientuję, masz jeszcze jedną córkę - Sanaheij.
Pannie Penyoung został jeszcze rok, tak?
Wydaje mi się, że dziewczynka ma tyle samo lat ile miałby teraz Max.
A może się mylę?
Pragnę i jej zaoferować miejsce w naszym Instytucie.
Oczekujemy Sophie Theresy Alderkey jeszcze w tym tygodniu.
Dziewczyna nie może sama przejść przez Bramę, więc po ustaleniu konkretnego dnia wyślę po nią kogoś do Idrisu.

Z pozdrowieniami
Maryse Lightwood
Szefowa Instytutu w Nowym Jorku





Maryse odłożyła pióro i otarła wierzchem ręki czoło, na którym pojawiły się kropelki potu.
Dzisiejszy dzień był na prawdę upalny.
W Instytucie w czasie tak gorących dni było chłodno i przyjemnie. Niestety nie w jej gabinecie.
Kobieta z samego rana, jeszcze przed śniadaniem zajęła się sprawami służbowymi.
Najpierw zabrała się do napisania odpowiedzi Dianie. Przez chwilę wahała się, czy w obecnej sytuacji powinna sprowadzać do Instytutu młodą Łowczynię.
Przyda nam się nowa krew.
Później poddała się szczegółowej analizie nowych standardów, dotyczących wyposażenia sal treningowych.
Znalazła tam kilka rzeczy, które wymagają zmian, ale były to drobnostki.
Głównym zarządzeniem jest, by w każdym Instytucie znajdowała się określona liczba poszczególnych broni.
- Clave chyba na prawdę nie ma nic ważniejszego na głowie - mruknęła sama do siebie.
No właśnie... Clave.
Maryse postanowiła wczoraj, że powiadomi ich o wydarzeniach, mających miejsce w ciągu ostatnich kilku dni. Nie było to wcale takie proste.
Musiała dokładnie przemyśleć co powinna napisać, a czego nie. Z doświadczenia wiedziała, że nie zawsze przekazanie całej prawdy Clave wychodzi im na dobre.
Czy teraz będzie inaczej? Może powinna osobiście pojechać do Idrisu?
Idris. Robert...
Z zamyślenia wyrwało ją pukanie do drzwi.
- Wejść.
W drzwiach jej gabinetu pojawiła się Estell.
- Dzień dobry, pani Lightwood. Mogę na chwilę?
- Oczywiście. Wejdź proszę - powiedziała łagodnym głosem.
Wiedziała, że dziewczyna stara się wykonywać swoje obowiązki jak najlepiej, zachowując się przy tym czasami jak służąca z epoki średniowiecza. Maryse nie chciała, żeby tak było.
Estell była kucharką, gospodynią. Nie służką, którą się pomiata, przegania z kąta w kąt i poniża. Jednak ta skromna dziewczyna była zdania, że skoro zabrali ją z ulicy, dali pracę i dach nad głową, powinna im być wdzięczna i okazywać to na każdym kroku. Jedyne na co się zgodziła to spanie w jednym z pokoi przeznaczonych dla Nocnych Łowców, wspólne śniadania i czas wolny.
- Co Cię do mnie sprowadza?
- Bo ja chciałam przeprosić. Za wczoraj. Kiedy pani zawołała, a ja wbiegłam do jadalni... Przepraszam, pani Lightwood. To już się nie powtórzy! Tylko proszę mnie nie wyrzucać!
Maryse otworzyła szeroko oczy, patrząc na dziewczynę, która siedziała wbijając wzrok w podłogę.
- Na Anioła! Skąd Ci przyszło do głowy, że będę chciała Cię wyrzucić?!
- Zachowałam się nagannie. W dodatku przy gościach. To niewybaczalne, żeby...
- Na litość Razjela! Przecież nie jesteś służką na królewskim dworze! W ogóle nie jesteś służką! - w głosie Maryse słychać było zrezygnowanie.
Estell jest na prawdę uparta. Dziewczyna nieśmiało podniosła wzrok i spojrzała w oczy swojej rozmówczyni.
- Owszem, zabraliśmy Cię z ulicy, ale to nie znaczy, że ktoś w tym Instytucie ma prawo traktować Cię z wyższością. A jeśli tak jest...
- Nie, pani Lightwood. Wszyscy są dla mnie bardzo mili. A pani... Pani jest taka dobra - zaszlochała dziewczyna, chowając twarz w dłonie.
- Essie - Maryse wstała ze swojego fotela i podeszła do tego, na którym siedziała dziewczyna. Przykucnęła obok i chwyciła ją za ręce, odsłaniając jej twarz.
- Kiedyś byłam Nefilim, który brzydził się i gardził Podziemnymi, a Nocnych Łowców, preferujących związki z osobą tej samej płci traktowałam jak zdrajców. Niewyobrażalne było dla mnie, aby Nefilim miał jakiekolwiek inne stosunki z Podziemnymi czy Przyziemnymi, niż te dyplomatyczne. Z resztą nie ja jedna tak się zachowywałam. Mój syn, Alec zakochał się w mężczyźnie, w dodatku jednym z Podziemnych. I wiesz co? - Maryse spojrzała na dziewczynę, która z wielkim zaciekawieniem słuchała jej opowieści.
- Na początku myślałam, że zwariowałam i to wszystko nie dzieję się na prawdę. Kiedy jednak zobaczyłam szczęście Aleca i jego wewnętrzną przemianę byłam szczęśliwa, że mój syn spotkał Magnusa. Z kolei Mroczna Wojna pokazała mi, że wszyscy należący do Świata Cieni mogą ze sobą współpracować i żyć w pokoju.
- Proszę mi wybaczyć, pani Lightwood, ale co to ma wspólnego ze mną? - zapytała Estell.  
- Chodzi o to, że każdy z nas jest częścią tego świata, Estell. Nie możemy patrzeć na Podziemnych czy Przyziemnych z wyższością tylko dlatego, że w naszych żyłach płynie anielska krew. Zrozumiałam to i w tym Instytucie panuje zasada, dotycząca wzajemnego traktowania się. "Wszyscy jesteśmy sobie równi".
Maryse zbliżyła się do dziewczyny i wzięła ją w objęcia. Estell była zaszokowana tym prostym gestem. Nikt jej nie przytulał. Z wyjątkiem Seamusa, ale to co innego - wilkołak był jej drugą połówką.
W objęciach Maryse dziewczyna czuła się tak bezpiecznie, zupełnie jakby znalazła się właśnie w objęciach... mamy?
Estell nie dane było poznać tego uczucia, wiążącego matkę z córką. Ba! Dziewczyna nawet nie znała jej imienia, gdyż matka zmarła przy porodzie. Ostatnie słowo, które powiedziała, brzmiało: "Estell".
Dziewczyna mieszkała przez siedem lat w domu dziecka, lecz kiedy zaczęła opowiadać o dziwnych stworzeniach, które widziała, została wyrzucona na bruk.
Siedmioletnie dziecko!
Od tej pory musiała radzić sobie sama. Przez pół roku włóczyła się po ulicach Nowego Jorku, żebrząc o jedzenie, aż pewnego dnia spotkała Maryse Lightwood - piękną kobietę z pięknymi tatuażami. Nocna Łowczyni zabrała dziewczynkę do Instytutu, gdzie wychowywała ją Orija - poprzednia gosposia. Kiedy miała szesnaście lat wyjechały razem na wakacje do Irlandii - kraju w którym urodziła się jej opiekunka. Niestety kobieta zmarła na skutek wypadku, więc gdy Estell wróciła do Instytutu zajęła jej miejsce.
Ze strony Oriji nie zaznała ani odrobiny czułości, ponieważ kobieta była bardzo surowa i wymagająca.          
- Moja droga Essie... - westchnęła Maryse - Nie wiem jak do Ciebie mówić, jak Cię przekonać. Nie jesteś służącą! Jesteś jedną z nas! Kiedy Cię nie było, wszyscy wykonywaliśmy te same obowiązki, co Ty. Jeśli nie chcesz słuchać próśb to posłuchaj w takim razie polecenia.
Maryse odsunęła się od dziewczyny, chwyciła za ramiona i spojrzała w duże, brązowe oczy.
 - Od dziś masz zachowywać się normalnie, bez żadnej przesadnej wdzięczności. Dobrze?
- Ale ja mam za co dziękować!
- My również! Gdyby nie Ty umarlibyśmy z głodu, albo Isabelle by nas potruła!
Obie kobiety zaśmiały się radośnie.
- Jesteś nam równą, moja droga. Nie dygaj przed nami jak przed królem, nie spuszczaj wzroku kiedy z nami rozmawiasz i jedz z nami każdy z posiłków. Jeżeli Ci się coś nie podoba wyraź swoja opinię. Zaznaczam, że to nie jest prośba, tylko polecenie!
Dziewczyna przytaknęła i uśmiechnęła się tak promiennie, że Maryse zrobiło się ciepło na sercu.
- W takim razie pójdę teraz do kuchni i przyniosę pani zimny sok i coś do jedzenia - powiedziała, wycierając ostatnie łzy.
- Jesteś aniołem - Maryse pocałowała ją w czoło, po czym wstała i skierowała się w stronę biurka.
Estell odwróciła się i ruszyła w kierunku drzwi. Zanim jednak wyszła powiedziała:
- Skoro kazała mi pani wyrażać swoją opinię...
- Tak?
- Sądzę, że powinna pani się zwrócić o pomoc do pani Jocelyn i pana Luciana, w sprawie tego raportu dla Clave. Oni na pewno zrozumieją pani wątpliwości. Och! Zapomniałabym o Magnusie!
- Mogłabyś zatem poprosić Magnusa i Luke'a z Jocelyn o przyjście do mojego gabinetu po śniadaniu? Dziękuję Estell - powiedziała Maryse siadając w fotelu.
Dziewczyna po raz kolejny posłała jej promienny uśmiech i opuściła jej gabinet.
- Nasza Essie jest bardzo mądra - powiedziała Maryse sama do siebie i wróciła do pracy.

******

- Co Ty tu jeszcze robisz? Przecież skoczyłaś już dwie godziny temu! Czy Ty nie masz prywatnego życia dziewczyno?
Mam. I to tak bogate we wszelkiego rodzaju wrażenia, że byś się zdziwiła, DZIEWCZYNO!
- Spokojnie Patty. Po prostu miałam zaległości w dokumentach, a wiesz jak ordynator nie lubi...
- Pieprzyć ordynatora!
- Skoro chcesz - droga wolna.
- Co? Och, Cate!
- Powiedziałaś: "Pieprzyć ordynatora". Skoro tak bardzo chcesz go...
- A żebyś wiedziała! Jest taki przystojny, taki szarmancki, taki...
- Dobra, dobra. Ja już będę się zbierać - oznajmiła czarownica, chowając do teczki ostatnie kartki.
- Za dużo czasu spędzasz w pracy! Em... Co do ordynatora...
- Jasna sprawa - jest Twój!
Tylko jeszcze o tym nie wie.
- Dzięki.
- Nie ma za co, Patty. Na razie!
Idąc szpitalnym korytarzem, czarownica rozmyślała o swojej nocnej zmianie. Kobieta z zapaleniem wyrostka; rodzice z dzieckiem, które połknęło maleńki kolczyk; młoda dziewczyna w ciąży, która dostała krwotoku i sześcioro ludzi z wypadku samochodowego.
Ta noc była pracowita i teraz Catarina ledwie stała na nogach. Zużyła naprawdę sporo magii, aby pomóc tym dzieciakom z wypadku samochodowego, nie wspominając już o tej ciężarnej dziewczynie...
Była w ósmym miesiącu ciąży. Dostała krwotoku po tym, jak upadła.
Cate utworzyła wokół płodu "bańkę", tak samo jak zrobił to Magnus w przypadku Becky. Tylko dlatego dziecko przeżyło. Gdyby czekała na pomoc lekarzy bez "ochrony" płodu - nie byłoby już czego ratować. Teraz Sara - dziewczynka, która się urodziła poprzez cięcie cesarskie jest bezpieczna i ma się dobrze.
Kiedy Cate otworzyła drzwi wyjściowe ze szpitala, poczuła falę gorącego powietrza, która cofnęła ją o krok do tyłu. Czarownica westchnęła głęboko i wyszła przed budynek.
I co teraz?
Skończyła dyżur i nie bardzo wiedziała, co ma teraz zrobić.
Jeśli nie pracowała - noc musiała spędzać w Instytucie. Dla własnego bezpieczeństwa. W dzień zaś mogła robić to, co robiła przed tym całym zamieszaniem. 
Czy mogła już teraz iść do Instytutu? Czy to nie będzie wyglądać tak, jakby się narzucała? Przecież Dorian tam mieszka, więc chyba może...
Dorian?! Jeszcze jego brakuje w mojej głowie! Cudownie!
- Długo będziesz jeszcze tak stać na tym upale? Nie lubisz swojej niebieskiej skóry, czy co?!
Catarina odwróciła głowę w stronę, z której dochodził głos. W cieniu filara stała dziewczyna. Opierała się o niego z rękami skrzyżowanymi na piersiach.
- Nareszcie się spotykamy, Inn. Witaj!
Czerwonowłosa podeszła do niej z szerokim uśmiechem na twarzy.
- Dobrze wyglądasz staruszko! - zażartowała Ingrid i przytuliła się do Cate.    
- Staruszko?! Nie pozwalaj sobie, maleńka! - zachichotała białowłosa - Czemu odwiedzasz mnie w takim miejscu i o takiej porze?
Ingrid spojrzała na swoją rozmówczynię unosząc brew.
- Dorian.
- Co Dorian? Coś mu się stało?!
- Nie. Ale kazał mi tu przyjść i poczekać, aż skończysz pacę. Później mam za Tobą łazić, aż nie zdecydujesz się wrócić do Instytutu - oznajmiła Ingrid.
- Okeej. To trochę...
- Szalone? Co mogę powiedzieć: szalony to drugie imię Doriana.
- Ingrid czy Ty wiedziałaś, że Magnus i Dorian...
- Są braćmi? Oczywiście! Jesteśmy przyjaciółmi, więc mi powiedział. Swoją drogą czy Ciebie i Doriana coś łączy? - Ingrid przyglądała się Catarinie z szyderczym uśmiechem.
- Idziemy coś zjeść? Jestem strasznie głodna - jęknęła białowłosa.
- Prowadź! Gdzie Ty tam ja! Ale pamiętaj - wrócimy jeszcze do tematu "Dorian i Cate"!
- Jasne, tylko pozwól mi coś zjeść!

Zbliżało się popołudnie, gdy dwie czarownice pojawiły się w Java Jones.
- No więc co u Ciebie słychać? W końcu nasze ostatnie spotkanie miało miejsce siedemdziesiąt...
- Osiemdziesiąt cztery lata temu, Cate.
- No tak! Ależ ten czas leci! No więc? Co nowego? - zapytała białowłosa, upijając łyk kawy.
- Będziesz bardzo zawiedziona, jeśli powiem, że wszystko jet tak jak dawniej, bez zmian?
- Tylko troszeczkę - zachichotała Cate.
- Może porozmawiamy o tym, co jest między Tobą i Dorianem, hmm? - zapytała Ingrid, popijając swoje Espresso.
Serce Cate przyśpieszyło. Czy było coś między nią a Shade'em?
- A co ma być? Poznaliśmy się przez dość nietypowe okoliczności. Trochę porozmawialiśmy, trochę współpracowaliśmy. Och i dowiedziałam się, że jest bratem mojego najlepszego przyjaciela!
- Taaak. Dla mnie to tez był duży szok, gdy dowiedziałam się, że Dorri jest bratem najpotężniejszego syna Asmodeusza. Ale chwileczkę, mówiłaś, że współpracowaliście, tak? - zaciekawiła się Ingrid.
- Dorian opowiedział nam o Remusie, Otchłani i przepowiedni.
- Remus był popieprzonym idiotą! Żeby pakować się w takie coś! - oburzyła się czerwonowłosa.
- Lepiej bym tego nie ujęła. W każdym razie przez tą przepowiednię, demony zaczęły "wędrować" po Instytutach na całym świecie w poszukiwaniu jej. Simon Lewis jest Przyziemnym, który już nie długo zostanie Nocnym Łowcą. Jego siostra została zaatakowana przez Fearie, więc wprowadzono ją do Świata Cieni. Później dziewczyna została otruta przez Rhaala, który pracuje wraz z jej mężem dla Otchłani - wyjaśniła Cate.
- Otchłań współpracuje z Przyziemnym?! Jest aż tak zdesperowany?!
- Nie zgadniesz kto jeszcze postanowił ponownie podbić świat.
Ingrid spojrzała w oczy Cate. Przez chwilę siedziały w milczeniu, nie przerywając kontaktu wzrokowego. Nagle oczy Ingrid rozszerzyły się w zdziwieniu.
- Nie! Chcesz powiedzieć, że ta dziwka się z nim puszcza?!
- Bardzo możliwe - odpowiedziała Cate.
- No tak. Lilith wszędzie się wepchnie, gdy jest okazja.
- Ale dość o tym. Mów co robiłaś przez to osiemdziesiąt cztery lata.
- To co przez całe swoje życie. Szukałam tego sukinsyna!
- Skarbie... Chcesz powiedzieć, że Ty nadal go szukasz? - w głosie Cate było słychać troskę.
- A co mam zrobić? Odpuścić? Nie za to co mi zrobił, Cate! Spójrz na to z innej strony - przynajmniej zwiedzę świat. Jak to mówią "podróże kształtują" - mówiąc ostatnie zdanie zachichotała.
- To Cię niszczy, Inn.
- Wiem - westchnęła -  Zrozum, że przez niego już nigdy nie będę szczęśliwa! Już nigdy nikogo nie pokocham! Z resztą, ja już nie umiem kochać.
- To nie prawda. Cierpisz z powodu śmierci Remusa. Co prawda okazujesz to w dość specyficzny sposób, ale to robisz. Czym więc jest miłość, jeśli nie troską o bliskich? A Dorian? Nie kochasz go? To Twój najlepszy przyjaciel!
- Kocham go. Jest dla mnie jak brat. Ale to nie to samo. Nie pokocham nikogo tak, jak kochałam jego.
- Minęło już tyle lat. Nie sądzisz, że może już nie żyć?
- Jeśli nie żyje chcę zobaczyć jego grób. Muszę. A teraz słonko wcinaj tą szarlotkę, bo za chwilę musimy iść.
- Gdzie? - zapytała Cate.
- Jak to, gdzie? Do Instytutu, pamiętasz? Mamy przecież nocować w Instytucie - oznajmiła czerwonowłosa.
- W takim razie napiszę do Magnusa, żeby on i Alec spotkali się z nami przed Instytutem.
- Niech zabiorą ze sobą Doriana. Wiesz, że tylko on potrafi mnie powstrzymać w pewnych... sytuacjach. Przy mężczyznach czasem robię się agresywna.
- Jasne, nie ma sprawy - powiedziała Cate, jedną ręką pisząc wiadomość a drugą jedząc szarlotkę.
- Powiedziałaś Alec? - zapytała Ingrid, gdy Catarina skończyła pisać wiadomość.
- Yhmm, tak? Dlaczego pytasz?
- Alec to Alexander Lightwood? Nefilim? Partner Magnusa?
- Ten sam.
- Możliwe więc, że Magnus i Alec dołączą do mojej listy mężczyzn, których lubię - oznajmiła Ingrid.
- A dużo jest osób na tej liście?
- Teraz już tylko Dorian.

******

- Za chwilę pojawi się tu Cate z Twoją przyjaciółką, bracie.
Siedzieli w salonie, po popołudniowym treningu Aleca. Dorian cały dzień załatwiał sprawy związane ze sklepem, a Magnus pomagał Maryse wraz z Jocelyn i jej mężem w napisaniu raportu dla Clave. Pominęli kilka istotnych szczegółów, ponieważ jednogłośnie stwierdzili, że nie powinni tego pisać. Przynajmniej na razie.
Magnus odpowiedział na wiadomość i schował telefon do kieszeni. Alec leżał na sofie, opierając swoją głowę na kolanach Bane'a.
- Teraz się zacznie - jęknął Shade.
- Co masz na myśli?
- Widzisz... Ingrid ma pewną obsesję. Szuka czegoś, czego już nie znajdzie.
- Czegoś czy kogoś? - zaciekawił się Bane.
- Jak zwykle dwa kroki przed innymi! Masz rację. Tyle, że facet już pewnie nie żyje. Skrzywdził ją. Była w nim zakochana, opowiedziała mu o sobie i o naszym świecie a on zrobił jej coś tak strasznego! Przez to Inn nienawidzi mężczyzn. Nie związała się już z nikim innym.
- Dlaczego nie użyjecie zaklęcia, żeby go znaleźć? - zapytał Bane.
- Myślisz, że nie próbowaliśmy? Wszystko na nic. Zupełnie tak, jakby się rozpłynął.
- Dlatego myślisz, że nie żyje - oznajmił Alec.
Shade skinął głową potwierdzająco.
- Mówiłeś, że ten facet zrobił jej coś strasznego - przypomniał Magnus.
- Chcesz wiedzieć co? Wcale mnie to nie dziwi. Skoro już powiedziałem wam większość... Najwyżej Inn zakuje mnie w dyby i będzie torturować przez dwieście lat! - zaśmiał się Dorian.
Za chwile jednak spoważniał. Przez zaciśnięte zęby wycedził dwa słowa:
- Fission Potestatem.
Alec poczuł, że mięśnie Magnusa się napinają.
 - Co to znaczy? - zapytał, podnosząc się z kolan czarownika.
- To łacina. Oznacza "Moc rozszczepienia". Dzięki temu, mógłbyś rozszczepić moją moc i wchłonąć jej część. Bez odpowiedniej pomocy zginąłbyś - wyjaśnił Bane.
- Mówiąc odpowiednia pomoc, Magnus miał na myśli demona - wtrącił Dorian.
- Więc ten facet zabrał część jej mocy?! Nie dziwię się jej, że go ściga - oznajmił Alec.
- Zabrał jej nie wiele, ponieważ zdążyła się uwolnić i uciec - dodał czarownik - Ingrid jest potężna. Jak wszystkie dzieci Asmodeusza.
- Więc Ingrid...
- Tak, Alec. Lecz ona o tym nie wie. Zapytałem kiedyś Ojca, kto jest rodzicem Inn. Gdy dowiedziałem się, że jest nasza siostrą, postanowiłem ją chronić.
- Rodzina się powiększa - zaśmiał się Bane - Zamierzasz jej powiedzieć?
- Jeszcze nie teraz. Chodźmy już. Za chwilę tu będą.

Stojąc przed Instytutem rozmawiali o sprawach związanych ze sklepem. Niespełna dziesięć minut później przed bramą pojawiła się Cate z czerwonowłosą kobietą.
Kiedy podeszły bliżej, Nocny Łowca zauważył, że tęczówki jej oczów są czerwone - tak jak włosy.
Dorian zbiegł po schodach i złapał Ingrid w ramiona.
- Woow. Aż tak tęskniłeś? - zaśmiała się dziewczyna.
- Żebyś wiedziała, czarownico!
Dorian wypuścił dziewczynę z ramion, po czym zwrócił się do Cate.
- Witaj piękna. Jak minął dzień? W pracy wszystko w porządku?
- Ciężka noc. Na szczęście Ingrid pojawiła się z samego rana pod szpitalem i dotrzymała mi towarzystwa.
- To dobrze. Ingrid pozwól, że przedstawię: Wielki Czarownik Brooklynu i mój brat - Magnus Bane. Obok stoi jeden z najlepszych Nefilim na świecie i mój szwagier - Alexander Lightwood.
Alec uśmiechnął się, usłyszawszy słowa Shade'a.
- Witaj Ingrid - Bane uśmiechnął się do czerwonowłosej.
- To zaszczyt Cię spotkać, Magnusie. Ty i Twój chłopak jesteście chodzącą legendą. No wiesz... Mroczna Wojna.
-  Alexandrze, czy możesz? Strasznie tu duszno, więc może wejdziemy do środka? - powiedział Bane. 
- Ja, Alexander Gideon Lightwood, Nefilim, zezwalam na Twoje wejście do tego Instytutu Dorianie Shade, czarowniku - powiedział Alec.     
- A teraz Ingrid. Ingrid Fire - podpowiedział mu Dorian.
- Przecież wiem! Ja, Alexander Gideon Lightwood, Nefilim, zezwalam na Twoje wejście do tego Instytutu Ingrid Fire, czarowniku.
Po tych słowach czterech czarowników i jeden Nocny Łowca weszli do Instytutu.
   
*****
Dzisiejsza noc była jedną z tych zimnych nocy, gdy wiatr szaleje niemiłosiernie, a na niebie nie widać ani jednej gwiazdy. Zupełnie tak, jakby się chowały.    
Szedł wąską, leśną ścieżką, pogrążony w myślach.
Czego On chce?
Przecież wiedział co ma robić, ale nie wiedział jak się do tego zabrać. 
W dodatku nie wiedział gdzie jest Rebecca. Wróć. Wiedział bardzo dobrze gdzie jest. Ale dlaczego nie wraca do domu? Czy rzeczywiście jego niewinna żoneczka wiedziała o Świecie Cieni? A może knuła coś z tymi podłymi Nefilim?
Felix splunął, jakby chciał się pozbyć nieprzyjemnego smaku z ust. Smaku niewiedzy.
Po chwili ujrzał starą studnię. Miejsce, gdzie miał się potkać z Nim.
Wielokrotnie zastanawiał się: co studnia robi w środku lasu? Może należała do ludzi, którzy mieszkali kiedyś w okolicy, tak jak teraz on? Dlaczego On chce się z nim spotkać właśnie tu?
- Felix.
Odwrócił się gwałtownie i pod jednym z drzew zobaczył Go.
- Witaj Panie. Widzę, że nie przybyłeś sam. Milady - Felix ukłonił się najpierw swojemu Panu a później kobiecie, wtulającej się w jego klatkę piersiową.
- Jakiż on słodziutki! - mruknęła Lilith uśmiechając się z wyższością.
- Dziękuję, Milady. Mój Panie wzywałeś mnie - Stevens zwrócił się do demona.  
 - Co u Twojej małżonki? Jak jej zdrowie?
- Mój Panie, dwa dni temu, kiedy Rhaal złożył mi wizytę, Rebecca zniknęła. Nie ma jej w domu u matki i nie wiem gdzie...
- Ale ja wiem. W Instytucie. Teraz już wiesz gdzie jest TWOJA żona i MOJA Przepowiednia. Chcę odzyskać to co do mnie należy. Nie dbam o to, czy TWOJA własność przeżyje, czy nie i w jaki sposób odzyskasz MOJĄ własność! Masz przynieść PRZEPOWIEDNIĘ!
- No już, już. Nie unoś się najdroższy. Piesek wie, co robić. Prawda szczeniaczku? - zaszczebiotała Lilith.   
-  Tak jest, Milady. Czy to wszystko, Panie?
- Wiesz, że mój sługa, Rhaal "doprawił" trochę herbatę Twojej dziwki? Jeśli jej przyjaciele nie pomogli na czas - możesz zbierać na kwiaty - powiedział Otchłań, po czym on i Lilith zaczęli znikać w gęstej, czarnej chmurze.
Mimo, że Felix już ich nie widział, doskonale słyszał ich śmiech.

******
    
Witam ;) Jak minął tydzień? ;)
W tym rozdziale przybliżyłam troszkę postać naszej Estell. Mam co do niej pewne plany ;D
Co sądzicie? Mam nadzieję, że rozdział się podoba  ;)
Czytając go sama jestem zaskoczona ;D Kolejne dziecko Asmodeusza? ;p 
No cóż... Tak wyszło ;)

Zostaw ślad po sobie ;)
- Ashley ;*


          

poniedziałek, 13 czerwca 2016

Rozdział 12

- Powinnaś coś zjeść, Becky - nakazał Simon.
- Nie teraz. Nigdy nie wiadomo czy znowu nie stracę przytomności, a muszę wam powie...
- Zaczekaj. Pamiętasz, że straciłaś przytomność pod bramą, prawda? - zaciekawił się Magnus.
- Tak. Widziałam kogoś na terenie Instytutu. A później ocknęłam się i ujrzałam Silasa. Leżałam na schodach i chciałam mu o wszystkim powiedzieć, ale zobaczyłam przed oczami ciemność - odpowiedziała.
- Bo znowu zemdlałaś - dodał trener.
- Muszę się zgodzić z Simonem. Powinnaś coś zjeść i nabrać trochę sił - wtrącił Luke.
- Czy wy nie rozumiecie, że jesteśmy w niebezpieczeństwie?! - jęknęła Rebecca.
- Bo to pierwszy raz? - zachichotał Jace - Byłaś kiedyś w Edomie? Demoniczny wymiar i te sprawy? Może spotkałaś Lilith? To taka "demon - psychopatka", która nie chciała się od nas odczepić...
Jocelyn i Maryse spojrzały na blondyna karcąco, a kąciki ust Luke'a drgnęły nieznacznie.
- No dobraaa. Namówiłeś mnie, Jace. Lepiej zjeść coś teraz, bo później po tych rewelacjach mogę stracić apetyt - oznajmiła.
Wszyscy więc udali się do jadalni. Kiedy Estell zobaczyła ile osób wchodzi do pomieszczenie, chwyciła się za głowę, po czym odwróciła się i szybko pobiegła do kuchni.
- Nasza Estell będzie musiała się dobrze nagimnastykować, robiąc śniadanie dla trzynastu osób - zachichotał Jace, przez co został nagrodzony przez Clary kuksańcem w bok.
Czy posiłek o godzinie dwunastej można nazwać śniadaniem?
Ku zaskoczeniu wszystkich dziewczyna uwinęła się szybko i przeszła samą siebie.
Podała świeże bułeczki, po kostce masła: zwykłego, ziołowego oraz czosnkowego, a do tego patery z różnymi rodzajami wędlin i serów. Na stole znalazły się też dżem i miód.
Naprawdę się postarała. Kiedy wszyscy myśleli, że Estell skończyła już wnosić jedzenie, dziewczyna przyniosła miskę jajecznicy i smażony bekon. Na końcu postawiła na stole wiklinowy koszyk średniej wielkości, wypełniony jabłkami.
Do picia jak zwykle podała kawę, mleko, herbatę, wodę i sok.
Podczas posiłku Rebbeca milczała, zajadając się najlepszą jej zdaniem jajecznicą na świecie. Nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, jak bardzo jest głodna.
Upchnęła w siebie jeszcze dwie bułki, plaster bekonu a wszystko przepiła swoją ulubioną czarną kawą.
Przez cały ten czas nawet nie pomyślała o Felixie i o tym co usłyszała.
- Może teraz mnie wysłuchacie? Jestem najedzona i wypoczęta! - oznajmiła, odkładając kubek.
- Moja droga musisz się oszczędzać! Podaliśmy Ci... lekarstwo, przez które możesz mieć zawroty głowy w ciągu następnych trzech dni! - powiadomiła ją Catarina.
Becky przewróciła oczami i westchnęła ciężko.
- Nie zachowuj się jak dziecko! - skarcił ją Simon.
- Odezwał się dorosły! - warknęła w odpowiedzi.
- No już! Spokój! - wtrąciła Jocelyn - Mamy naprawdę wiele do omówienia. Możemy rozmawiać tu lub pójść do salonu. Wolałabym jednak to drugie.
- Jestem za pani...
- Jocelyn, Simon! Tak trudno zapamiętać? - zaśmiała się.
Lewis uśmiechnął się szeroko.
- Estell, moja droga! - zawołała Maryse.
- Słucham, pani Lightwood - dziewczyna wbiegła do jadalni szeroko uśmiechając się.
Na jej twarzy Maryse dostrzegła rumieńce. Dwa guziki jej bluzki były rozpięte.
- Co... To znaczy... Ja... Dziękujemy za śniadanie... Posiłek. Masz wolne do końca dnia - wydukała z siebie Maryse, po czym odwróciła się i wyszła z jadalni.
Wszyscy po kolei zaczęli wstawać od stołu.
- Idziemy do salonu! Ruszcie się! - oświadczyła Isabelle i wyszła z Rebbecą i Simonem.

Alec uśmiechnął się pod nosem, widząc idącego przed nim Doriana z Catariną.
Czarownik otwarcie okazywał swoje zainteresowanie Cate. Dwuznaczne teksty i ten specyficzny sposób podrywania! Zupełnie jak... Magnus!
W końcu to bracia. A może wszystkie dzieci Asmodeusza są takie?
I pomyśleć, że byłem zazdrosny o brata Magnusa.
Zaraz. Naprawdę byłem zazdrosny?!
Nocny Łowca poczuł czyjąś dłoń, chwytającą jego przedramię.
- Czemu tak się szczerzysz? - usłyszał szept Magnusa.
- Widziałeś jak matka zareagowała widząc Essie w takim stanie?! Czy ona sobie nie zdawała sprawy, dlaczego ta dziewczyna tak często ma jakieś "sprawy" do załatwienia? Estell jest zakochana i na pewno się z kimś spotyka. Jestem ciekawy jak matka spróbuje ją przekupić, żeby została w Instytucie  - zachichotał Alec.
- Nie musi jej przekonywać. Panna Brown zostanie. Mieszkanie i praca w tym miejscu nie są żadną przeszkodą, by dziewczyna spotykała się z ukochanym - wyszeptał mu do ucha Bane.
- Co wiesz? - Lightwood spojrzał na niego z ukosa.
- Nie żebym był plotkarzem...
- Magnuuus!
- Jak wiesz, Twój chłopak to Wielki Czaro... No dobra. Estell spotyka się z Seamusem.
- Co?!
- Pamiętasz jak Cate zadzwoniła do mnie w sprawie śmierci Remusa?
Alec przytaknął głową.
- Idąc do jego mieszkania zauważyłem chichoczącą Estell przypartą do drzewa przez naszego wilczka, który szeptał jej coś do ucha - na twarzy Magnusa pojawił się uśmieszek.
- Przyparta do drzewa?! Hmm. Interesujący pomysł - mruknął Alec pod nosem, lecz stwierdzenie to nie uszło uwadze czarownika.
- Ktoś tu chyba spędza samotnie noce - zachichotał.
- A żebyś wiedział! Mój chłopak przychodził do łóżka wtedy, gdy już spałem, a gdy się budziłem jego już nie było. Natomiast teraz kładzie się wcześniej niż ja i śpi jak beton.
- Porozmawiamy o tym później - oznajmił czarownik a przez jego twarz przemknął cień uśmiechu.
- Trzymam Cię za słowo, Bane!

Kiedy tylko młody Lightwood i czarownik przekroczyli próg salonu usłyszeli głos Becky.
- Jesteśmy w niebezpieczeństwie! Musimy powiadomić ten wasz rząd, to całe Clave!
- Spokojnie. Zacznij od początku - powiedział trener, co zdziwiło wszystkich.
W końcu ten Nocny Łowca nie słynął z uprzejmości.
Całe towarzystwo rozsiadło się w salonie. Kiedy już każdy znalazł dla siebie miejsce, Rebecca zabrała głos.
- Wczoraj obudziłam się o osiemnastej. Zdziwiłam się, ponieważ ja nigdy nie sypiam o tej porze. W dodatku za nic w świecie nie mogłam sobie przypomnieć, kiedy właściwie zasnęłam. Podniosłam się i usiadłam. Strasznie bolała mnie głowa. Kiedy wstałam, zobaczyłam, że spałam w ubraniach i w butach...
- Spałaś w butach?! Po co?! - zapytał blondyn.
- Na Anioła! Jace! Nie przerywaj! - warknęła w jego stronę Isabelle.
- Ktoś najwyraźniej zaniósł Becky do łóżka - wtrąciła się Jocelyn.
- Felix! Zupełnie o nim zapomnieliśmy! - jęknął Simon.
- Sądząc po stanie w jakim była Twoja siostra, śmiem twierdzić, że nasz Przyziemny jest martwy - oświadczył Magnus.
Rebecca zacisnęła pięści i spuściła głowę.
- Bardzo nam przykro - odezwała się Maryse.
- Niepotrzebnie, pani Lightwood - głos dziewczyny był lekko zachrypnięty.
- Ale...
- Felix, żyje i ma się doskonale. O ile wypełni swoje zadanie nadal tak będzie.
- Becky - trener Cartwright nawiązał z dziewczyną kontakt wzrokowy - Opowiesz o tym co się stało? - zapytał.
- Poszłam do kuchni się napić. Zobaczyłam moją torebkę na stole, pominę fakt, że zawsze zostawiam ją w sypialni. Chciałam zapytać Felixa o to wszystko, gdy nagle usłyszałam czyjąś rozmowę, dochodzącą z przedpokoju. Podeszłam bliżej i zobaczyłam...
Rebecca zacisnęła usta i odwróciła wzrok. Bolało. Za bardzo.
- Jeden głos należał do Felixa, a drugi do demona.
- Demona? Przyziemny i demon? Możesz nam podać jakieś cechy charakterystyczne? - spytał Dorian.
- Miał zachrypnięty głos i wyglądał jak jaszczurka. Jaszczurka wielkości człowieka.
- Rhaal - trójka czarowników odezwała się równocześnie.
- Co to znaczy? - spytała siostra Simona.
- Rhaal to demon, który Cię otruł. Przez jego truciznę straciłaś przytomność. Wtedy ktoś musiał Cię położyć do łóżka. Gdybyś się nie obudziła...  Umarłabyś - wyjaśniła jej Catarina. 
- Świetnie! Koleżka Felixa chciał mnie otruć! Znam już odpowiedź na moje pierwsze pytanie - prychnęła Rebecca.
- Pamiętasz coś, co mogłoby nam wskazać sposób, w jaki zostałaś otruta? To na pewno musiało zdarzyć się wczoraj, ponieważ trucizna jaszczura działa bardzo szybko - Dorian spojrzał pytająco na Becky.
- Przyszłam po pracy do domu. Poszłam do kuchni, gdzie siedział Felix. Zapytał czy chcę herbaty. Powiedziałam, że tak i poszłam do łazienki.
- Trucizna do herbatki! Jakież to staromodne! - prychnął Shade.
- Więc Twój mąż wie o Świecie Cieni? - zapytała Maryse.
- Na to wygląda.
- To dlatego tak dziwnie się zachowywał w naszej obecności - oznajmiła Izzy.
- Mogę o coś zapytać? - wypaliła nieoczekiwanie Rebecca - Kim jest Remus? - pytanie skierowane było do Magnusa.
- Czarownikiem, zamordowanym przez demony. Dlaczego pytasz?
- Więc... To wy macie przepowiednię? - wyszeptała siostra Simona.
Bane utkwił spojrzenie w dziewczynie i przyglądał się jej uważnie. Przez krótką chwile patrzyli sobie w oczy, jakby porozumiewali się mentalnie.
- W rzeczy samej. Pozwolę sobie zadać pytanie: skąd znałaś Remusa? I kto Ci powiedział o przepowiedni?
- Nie znałam go. Ten demon powiedział Felixowi, że Remus nie żyje i że teraz jego kolej.
- Jego kolej?
- Tak. Felix poprosił go o instrukcję. Ten powiedział, że "pan" kazał mu szukać przepowiedni. Twierdził, że Remus kłamał mówiąc, że została skradziona.
Dziewczyna ponownie spuściła wzrok. Nadszedł czas na finał opowieści.
- Felix powiedział demonowi, że koło mnie kręcą się Nefilim - powiedziała, wpatrując się w swoje zaciśnięte pięści - Demon kazał mu zabijać w razie potrzeby, choć zastanawiam się jak to możliwe, by Przyziemny mógł zabić Nocnego Łowcę? Przecież on nie ma Wzroku, więc po nałożeniu runy nie mógłby was zobaczyć!
- Może on nie jest Przyziemnym? - zapytała Catarina.
- To kim w takim razie? Jednorożcem? - prychnął Jace.
- Musimy się tego dowiedzieć - oświadczył Luke.
- Możesz kontynuować? - Maryse zwróciła się do dziewczyny.
W milczeniu czekali na odpowiedź.
Każdy z nich wiedział, że trudno jest mówić o takich rzeczach.
Kiedy świat staje na głowie można oszaleć, bez odpowiedniego wsparcia.
- Demon kazał wysłać mnie do was jako szpiega. Felix zaprotestował twierdząc, że nie wiem nic o Świecie Cieni i wtedy ta jaszczurka zaczęła syczeć jak oszalała!
Łzy spływały po policzkach Becky, zostawiając za sobą ledwo widoczne ślady. Widać było, że dziewczyna prowadzi ze sobą wewnętrzną walkę, jakby chciała się od czegoś powstrzymać.
- Powiedział, że "pan" kazał temu dziwakowi mnie zaatakować, żebyście mi powiedzieli o waszym świecie! Powiedział, że mój brat ma zostać Nefilim! Powiedział, że dziewczyna i przyjaciółka Simona są Nefilim! On was zna! Chce się dowiedzieć, czy przepowiednia jest tutaj! Powiedział, że jeśli Felix nie znajdzie przepowiedni spotka go taki sam los jak tego czarownika! I mnie też ma spotkać taki los, jeśli mój mąż nie wypełni zadania! A Felix? Powiedział, że mnie nie kocha i nigdy nie kochał! Powiedział, że ja się nie liczę! - wykrzyczała.
Oddychając ciężko omiotła wzrokiem każdego, kto był obecny w pomieszczeniu. Na ich twarzach dostrzegła współczucie. Kiedy napotkała oczy Silasa patrzące na nią, ukryła twarz w dłoniach i zaczęła głośno płakać.
- Ciii... Becky. Już dobrze siostrzyczko. Tutaj nic Ci nie grozi - szeptał Simon, przytulając ją.
- Powinnaś odpocząć.
- Nie - dziewczyna wyrwała się z objęć brata - Jeśli jest coś co powinnam zrobić to na pewno zemścić się na tym sukinsynie! Nikt nie ma prawa skrzywdzić mojej rodziny! Dowiem się o co tu chodzi, czego chce Felix i ten jego tajemniczy "pan" i skutecznie uniemożliwię im zdobycie tego! Nawet za cenę własnego życia! Jednak moim największym pragnieniem jest to, żeby Felix Stevens zgnił w piekle! Chociaż nie... Nie zasługuje nawet na to!
- Wow! Postawa godna Nocnego Łowcy! Ucz się od siostry, Lewis! - zaśmiał się Herondale.
Zanim jednak Simon zdążył się odgryźć, odezwał się Dorian,
- Widzisz Rebecco, to wszystko jest troszkę bardziej skomplikowane. Otóż "pan" Twojego męża to demon, który zwie się Otchłań. Był on kiedyś potężny, ale nasz ojciec - tu Dorian wskazał siebie i Magnusa - postanowił zdegradować go do demona niższej rangi. Zanim to zrobił Otchłań stworzył "klątwę - przepowiednię", która jest powodem tego całego zamieszania. Przez nią zagrożony jest Świat Cieni i nie tylko.
- Wasz ojciec? - dziewczyna posłała mu pytające spojrzenie.
- Asmodeusz, Książe Piekieł.
- Okeej. To co teraz?
- Dobre pytanie - westchnęła Maryse - To wszystko posuwa się do przodu w zaskakująco szybkim tempie. Muszę zawiadomić Clave.
- Zgadzam się z Tobą - powiedział Luke.
- Nie ma na co czekać. Muszą coś z tym zrobić - dodał Jocelyn.
- Albo po raz kolejny poradzimy sobie sami i po raz kolejny uratujemy świat! - oznajmił Jace.
- Jak na razie wszyscy tu obecni będą nocować w Instytucie. W tym tygodniu dołączy do nas nowa uczennica - oznajmiła pani Lightwood.
- Kto? - zaciekawił się Silas.
- Sophie Alderkey - odpowiedziała trenerowi po czym zwróciła się do Shade'a:
- Dorianie, kiedy zjawi się Twoja przyjaciółka Ingrid proszę Cię, żebyś i ją przyprowadził do Instytutu. Ponieważ wszyscy mamy styczność z przepowiednią jesteśmy w niebezpieczeństwie. Najlepszym rozwiązaniem będzie jeśli noc będziemy spędzać w tym samym miejscu. W ciągu dnia będzie tak jak zawsze. Wiadomość do Clave wyślę jutro. Powiadomię również Cichych Braci i Żelazne Siostry. A teraz proponuję się rozejść. Estell przydzieli pokoje tym, którzy ich jeszcze nie mają. Ta sprawa zajęła nam prawie cały dzień! Idę odpocząć! - powiedział Maryse, po czym wyszła z salonu. 

******

Po zebraniu każdy zajął się sobą.
Jocelyn i Luke zaszyli się w swoim pokoju, tak samo jak Alec z Magnusem. Maryse również poszła do siebie, nie mając ochoty na nic. Isabelle i Simon siedzieli z Becky w jej pokoju. Magnus kazał im pilnować dziewczyny, ponieważ tak jak powiedział Cate - mogą wystąpić zawroty głowy. Dorian zaszył się w Bibliotece, a Catarina poszła do szpitala na dyżur. Trener Cartwright poszedł na Salę Treningową potrenować, lecz kiedy Jace i Clary również tam przyszli, mężczyzna skinął głową i udał się do swojego pokoju.
Dziś wszyscy w Instytucie myśleli tylko o jednym.
Demon + Klątwa = Problemy.

******

Tą część rozdziału dedykuję Lady Herondale i Kate, które prosiły o Clace <3 
Mam nadzieję, że się spodoba! ;)

 - Jestem taka zmęczona, Jace!
Clary rzuciła się na łóżko, rozsypując przy tym swoje rude loki na poduszkę. Wzięła głęboki wdech i zamknęła oczy.
- Przynajmniej nie możemy narzekać na nudę - odparł Nocny Łowca.
Dziewczyna poczuła, że materac delikatnie się ugiął pod ciężarem ciała Jace'a. Chłopak usiadł obok niej, obiema rękami chwycił nogi Clary i położył sobie na kolanach. Jego dłonie, delikatnie zaczęły masować stopy dziewczyny. Zamruczała cichutko, a gdy otworzyła oczy jej narzeczony uśmiechał się pod nosem.
- Co Cię tak bawi? - zapytała.
- Zauważyłem dziś kilka ciekawych rzeczy.
- Co masz na myśli?
- Czyżby umknęło Twojej uwadze, o Najbystrzejsza ze wszystkich, zaraz za mną i moim parabatai, że braciszek Magnusa zaleca się do naszej pani Pielęgniarki?
- Jest pan naprawdę zabawny, panie Herondale! Jasne, że zauważyłam! Jakoś Dorian szczególnie się z tym nie kryje. Jestem za to ciekawa czy Ty, panie Spostrzegawczy widziałeś jak nasz trener patrzy na siostrę Simona!
Jace zsunął nogi dziewczyny ze swoich kolan i z gracją wdrapał się na łóżko, zajmując miejsce obok swojej ukochanej.
- Cartwright patrzy na nią tak, jak ja na Ciebie - wyszeptał.
Rudowłosa wstrzymała oddech. Jace myślał tak jak ona. Jace rozumiał ją bez słów. Jace przy każdej okazji sprawiał, że w jej myśli krążyły w okół jednej osoby. Jego osoby.
Nocny Łowca zbliżył się do niej, sprawiając, że dzieliły ich już tylko centymetry.
- Jesteś centrum mojego wszechświata, Clary - wyszeptał i pocałował ją.
Pocałunek był delikatny, pełen miłości, tęsknoty i obietnicy. Jace delikatnie głaskał jej plecy opuszkami palców, stopniowo posuwając się w kierunku bioder. Przyjemny dreszcz przeszedł ciało Clary. Pragnęła go. Tak bardzo.
Dużo czasu minęło, odkąd mieli okazję być sami. Teraz, po ostatnich wydarzeniach i naradach wszyscy potrzebowali odpoczynku i choćby chwili prywatności. 
Rudowłosa położyła swoje dłonie na jego karku, przyciągając go do siebie jeszcze bliżej. Teraz ich pocałunek stał się intensywniejszy. Pełen namiętności i pożądania.
Jace objął ją w pasie i w ułamku sekundy dziewczyna znalazła się pod nim. Clary wplotła palce w jego włosy i delikatnie za nie szarpnęła, co spowodowało, że z ust Nocnego Łowcy wydobył się cichutki jęk. Odsunął się od niej, ciężko oddychając. Jego złote oczy pociemniały.
- Pragnę. Cię. Teraz. - wyszeptał.
Oboje gwałtownie się podnieśli, a po chwili koszulka Jace'a i bluzka Clary wylądowały na podłodze.
Ich usta ponownie złączyły się w pocałunku. Dłonie Clary wędrowały po tak dobrze jej znanych umięśnionych plecach ukochanego. Czuła jego ręce, wędrujące po swoich plecach i karku. Czuła palce wplatające się w jej włosy. Nim się zorientowała, jej ukochany w jakiś cudowny sposób pozbył się reszty swojej garderoby. Jej również... 
W pewnej chwili Jace pchnął ją na miękką pościel, przywierając do niej swoim ciałem. Splótł swoje palce z jej palcami, przyciskając i unieruchamiając ręce dziewczyny po obu stronach jej głowy.
Jego usta zaczęły wędrować, obsypując pocałunkami jej szyję, ramiona, obojczyk i piersi...

Dziewczyna wtuliła się w ramie ukochanego.
Leżeli tak przytuleni czekając, aż Morfeusz łaskawie przyjmie ich w swoje Objęcia.
- Dlaczego wszyscy, którzy chcą zniszczyć świat lub przejąć nad nim władzę muszą się kręcić wokół nas? - zapytała rudowłosa.     
- Nie myślę o tym. Z resztą teraz mnie to nie interesuje - odparł sennie Herondale. 
- Ale...
- Nie ma żadnego "ale". Dla mnie najważniejsza jesteś Ty.
 Nocny Łowca chwycił jej dłoń, przyłożył ją do swoich ust i delikatnie pocałował.
- Cały czas myślę o Tobie i naszym ślubie, który Isabelle ma zamiar zaplanować.
- Razjelu! Naprawdę jej to obiecaliśmy? Planowanie tego wszystkiego? - jęknęła Clary.
- Mam tylko nadzieję, że nie zajmie się cateringiem. Jeśli Izzy coś ugotuje, będziemy mieć zbiorowy pogrzeb. I nie będę mógł nacieszyć się swoją panią Herondale - mruknął jej do ucha.
- Kocham Cię, Herondale - wyszeptała.
- Nie bardziej niż ja Ciebie - odpowiedział, po czym zasnął, trzymając swoją ukochaną w ramionach.

******

Witajcie kochani ! Mamy rozdział 12! :)
Jak się podoba? 
Miałam zamiar dodać go już w piątek, ale brakowało mi sceny ostatniej ;)
Uwierzcie lub nie... 
Ciężko jest się skupić i pisać, kiedy zajmujesz się dwoma torpedami:
* Brat, który podkrada Ci brokat do zdobienia paznokci, tylko po to, by rozsypać go po mieszkaniu i oznajmić Ci:  "Asio, Magnus Bane tu był!" 
(taaa, mój pięcioletni brat uwielbia Magnusa - w wersji ocenzurowanej, no! ;P)
* Siostra, która chce, żeby śpiewać jej piosenkę z " Miraculum. Biedronka i Czarny Kot" 
(ta piosenka po nocach mi się śni ;P)   

Do tego jeszcze tablet mi fiksuje! ;/
Wracając do rozdziału...
Ostatnią scenę dedykuję Lady Herondale i Kate oraz wszystkim fanom Clace <3
Co myślicie? Nada się? ;)

Dzięki za wyświetlenia i komentarze ;*
Ps. Zauważyliście, że często dodaję rozdził po godzinie 3 w nocy?! ;p



Życzę miłego i udanego poniedziałku, biszkopciki ;*
Pps. Czytasz? Zostaw  ślad ;*