Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biblioteka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biblioteka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 czerwca 2020

Rozdział 24

- Wybacz mi, mój Panie, że ośmielam się przeszkadzać - powiedział chrapliwym głosem zakapturzony mężczyzna, stojący w drzwiach.
- Wejdź proszę.
Zrobił tak, jak prosił jego rozmówca siedzący w fotelu, a gdy zamknął za sobą drzwi, zdjął kaptur, który skrywał jego oblicze. Peleryna i długie, czarne włosy związane w cienki warkocz oznaczały, że właśnie wrócił z obchodu.
- Jak minął patrol? - zapytał siedzący w fotelu.
- Sam osądź - westchnął przybysz - Nikt nic nie wie. Nikt nie widział Lilith od miesięcy.
- Z jednej strony to źle, ponieważ nie wiemy co robi a z drugiej strony... jeden problem z głowy.
- Ale mój Panie, czy nie sądzisz, że należy działać już teraz?
- Nie, bracie. Porzuć tytuły i usiądź ze mną. Szklaneczkę? - zapytał, wskazując na karafkę z whisky.
- Poproszę - odpowiedział czarnowłosy, opadając na drugi fotel.
Uwielbiał, kiedy jego Pan przesiadywał w swojej bibliotece, ponieważ znajdujący się tam zbiór ksiąg był imponujący. Kiedy patrzył na półki, na których równiutko rzędami poukładane były wspaniałe dzieła, uspokajał się.
Przyjął z wdzięcznością szklanice z bursztynowym trunkiem i upił porządny łyk.
- Na co czekamy? Nie lepiej dmuchać na zimne?  - zapytał. Napój kojąco rozgrzewał gardło.
- Zabawne, że to powiedziałeś. W końcu jesteśmy w Piekle - zaśmiał się właściciel biblioteki.
Leliel westchnął, po czym upił kolejny, spory łyk.
- Zachciało się ladacznicy podbijać świat - mruknął.
- Po raz kolejny, Lelielu. I jak zwykle ktoś będzie musiał to posprzątać.
- Co więc robimy?
- Czekamy - odparł gospodarz - Czas pokaże co będzie dalej. Na razie jest po naszej stronie.
- Boję się, że Lilith znajdzie sposób na to, by ''czas'' działał na jej korzyść.
- Taaa. Też mam pewne obawy co do tego...
******
- Na Anioła! Sylvia!
Maryse podbiegła do Łowczyni, leżącej bezwładnie u stop Magnusa, który właśnie sprawdzał jej puls. Alec jak zwykle nie odstępował czarownika na krok, więc był tuż obok. Becky i Estell stały zszokowane obok Seamusa, nie bardzo rozumiejącego, co przed chwilą się stało. Robert w osłupieniu obserwował całą sytuację.
- Magnus?
- Straciła przytomność.
- Zauważyłem. Ale dlaczego?
Czarownik zamiast odpowiedzieć, uciszył Inkwizytora gestem dłoni, po czym dotknął trzema palcami jej czoła. Kobieta w tej samej chwili poderwała się do góry biorąc głęboki wdech.
- Magnusie? - wyszeptała, patrząc na czarownika ze łzami w oczach.
- Już dobrze, Sylvio. Ciii... - Bane wziął kobietę w ramiona i mocno przytulił.
Wszyscy zgromadzeni w Izbie Chorych obserwowali tą sytuacje z nie małym zdziwieniem. Jednak nie przerywali czarownikowi, który delikatnie kołysał zrozpaczoną Nefilim. Nikt nie wiedział, dlaczego widok Seamusa tak mocno na nią zadziałał. Sylvia Nightland z rodu Cartwright była kobietą silną i opanowaną. Nie takiej reakcji się spodziewali.
Po chwili Magnus uwolnił ją z uścisku, by mogła doprowadzić się do porządku. Oczy Sylvii były lekko spuchnięte od płaczu a twarz wyglądała na starszą.
- Przepraszam was za to, co przed chwilą się tu wydarzyło - wychrypiała. - Gdybym wiedziała wcześniej...
- Nie przyjechałabyś - dokończył za nią Magnus.
- Przygotowałabym się - odparła kobieta. - Jakbyś się czuł, gdyby Twoje najmroczniejsze chwile w życiu powróciły ze zdwojoną siłą, Magnusie? Gdyby w starych ranach na nowo zatętnił tępy ból?
Czarownik przez chwile patrzył w jej smutne oczy, po czym przeniósł wzrok na Aleca.
- Rozumiem to lepiej niż ktokolwiek z tu obecnych - wychrypiał. - Nie sądzisz jednak, że warto by wtajemniczyć pozostałych?
Ponownie spojrzał na Łowczynię i widząc jej minę wiedział, że się waha. Żył już tak długo, że potrafił rozpoznać kiedy ktoś prowadził wewnętrzną walkę z samym sobą.
- Zgadzam się.
- W takim razie proponowałbym urządzić ''małe'' spotkanie w Bibliotece. Za pozwoleniem, Maryse - Magnus zwrócił wzrok w kierunku szefowej Instytutu.
- Sądzę, że to doskonały pomysł. Essie, zaprowadź proszę panią Nightland do jej sypialni. Powinna odpocząć. Becky niech pójdzie z Tobą, dobrze?
- Tak jest, pani Lightwood - rzuciła pośpiesznie Estell, po czym z pozostałymi dwoma kobietami opuściła Izbę Chorych. Odprowadzone wzrokiem, zniknęły za zakrętem.
- Kolejne komplikacje, tajemnice... - westchnęła Maryse - Czy my nie możemy żyć normalnie?
- Myślę, że odpowiedź na Twoje pytanie zależy od tego, jaka jest według Ciebie definicja ''normalności'' - wtrącił Alec.
- Trafne stwierdzenie, Alexandrze - Magnus podszedł do Nocnego Łowcy i kładąc mu rękę na ramieniu, zapytał - Mamy teraz trochę czasu, zanim Sylvia się uspokoi, więc możne zechcesz mi towarzyszyć przy treningu z Seamusem?
- Jasne.
Czarownik skinął głową na Moresa i w trójkę opuścili Izbę Chorych, zostawiając Maryse i Roberta samych.
 - Mary...
- Proszę, pozwól, że to ja zacznę - wtrąciła, zanim zdążył powiedzieć cokolwiek.
Skinął więc głową na znak, że słucha i czekał. Bał się tej rozmowy bardziej niż czegokolwiek.
- Powiem wprost. Mam dość. Dość udawania idealnego małżeństwa, które okrutny los rozdzielił pomiędzy Nowy Jork i Alicante. Możemy oszukać wszystkich wkoło ale siebie nie oszukamy. Ja... - przerwała, ponieważ w jej oczach pojawiły się łzy.
Robert czekał na słowa, które ostatecznie miały ocalić lub zrujnować jego życie.
- Kocham Cię, Maryse - oznajmił niespodziewanie. - Byłaś, jesteś i będziesz jedną z dwóch kobiet na tym świecie, które zamieszkały w moim sercu.
Łowczyni otarła łzy i spojrzała na męża z niedowierzaniem.
- Jedna z dwóch? Więc jest jeszcze jakaś druga kobieta?!
- Taaak - westchnął mężczyzna - Ma na imię Isabelle Sophie Lightwood i jest naszą córką.
Przez krótką chwilę Maryse wpatrywała się w niego z otwartymi ze zdumienia ustami.
- Pan chyba ogląda za dużo filmów, panie Inkwizytorze - skarciła go wzrokiem, uśmiechając się przy tym promiennie.
- Całkiem możliwe - mruknął. Zanim Maryse zdążyła odpowiedzieć, Robert złączył ich dłonie i dodał: - Czy mamy jeszcze szansę? Możemy spróbować raz jeszcze? Biorę na siebie całą winę. Gdybym... - zaczął Robert, ale Maryse szybko zbliżyła się do niego i złączyła ich usta w pocałunku.
Najpierw delikatnie, jakby był to ich pierwszy pocałunek. Każdy ruch był ostrożny, dobrze zaplanowany jakby kobieta bała się, że za chwilę otworzy oczy i wszystko okaże sie być snem. Robert czując jej ciepłe, miękkie wargi pogłębił pocałunek.
W pewnej chwili, na parapecie uchylonego okna usiadł Tyrijon i zaczął śpiewać.
Para Nocnych Łowców spojrzała na niego równocześnie ale to Maryse odezwała się pierwsza.
- Robercie czy wiesz co to za melodia? - zapytała, obserwując ptaka.
- Wydaje się znajoma, ale przecież to nie możliwe. Sama dobrze wiesz...
- ... Że żaden Tyrijon nigdy nie zanucił tej samej melodii dwa razy. Ale wiem też, że to ta sama melodia, którą taki właśnie ptak zanucił w dniu naszego ślubu! Jestem tego pewna, gdyż był to najszczęśliwszy dzień mojego życia a ta melodia ... Była taka piękna... - mówiła Maryse. - O, teraz posłuchaj! Teraz zanuci trochę wyżej a zakończy stopniowo zniżając ton.
Robert wsłuchał się w piosenkę i o dziwo słowa Maryse się potwierdziły. Przez chwilę Inkwizytor zaczął zastanawiać się jak to możliwe, że ten ptak, zanucił dwa razy tę samą melodię. Od początku istnienia tego gatunku nigdy nie zanotowano w żadnej z ksiąg w Alicante, by coś takiego miało miejsce.
- Czy myślisz, że...
- Ja to wiem, Maryse. Nic nie dzieje się przez przypadek a już na pewno nie cuda. Bo to, że ten ptak jako jedyny ze swojego gatunku zanucił tę samą melodie dwa razy to nie przypadek. To cud. I na pewno jest zwiastunem czegoś dobrego lub złego. Wiem jedno - spojrzał kobiecie głęboko w oczy - To znak, że powinniśmy dać sobie drugą szansę. Po raz drugi usłyszeliśmy piękną melodię, która została podarowana nam jako prezent ślubny od Jocelyn... Pamiętasz?
- Oczywiście, to Joc potrafiła przywołać Tyrijony. Robercie... - westchnęła Maryse - Otwieram dla Ciebie moje serce po raz drugi. Nie zepsuj tego!
Na twarzy Inkwizytora pojawił się tak promienny uśmiech, jakiego dawno nie widziała. Mężczyzna złapał ją w pasie, uniósł do góry i kręcił się z nią dookoła jak za czasów, gdy byli jeszcze nastolatkami.
- No już! Dosyć! Postaw mnie! - chichotała.
Robert pocałował ją w usta i postawił na podłodze.
- Co zrobimy z Tyrijonem? Nie może tu zostać.
- Poprosimy Jocelyn, aby go przywołała, otworzymy Bramę i wróci do domu - oznajmił Inkwizytor - Tymczasem chciałabym zaprosić panią, Pani Lightwood na randkę. Co pani na to?

******

Witam kochani! Po baaardzo długiej przerwie postanowiłam wrócić 🙊🙉🙈
Na powitanie mały fragment ;) 
Doprzeczytania! 
- A.

piątek, 20 maja 2016

Rozdział 9

Nadchodzi noc. Nareszcie.
Podeszła do okna i pogrążyła się w myślach.
Noc przywoływała wszystkie szczęśliwe wspomnienia.
Te z dzieciństwa... Te o mamie...
Kiedy była dziewczynką, mieszkały z matką w małym, ale przytulnym domku.
W lecie, uwielbiała wychodzić przez okno swojego pokoju na dach i obserwować nocne niebo,
zimą zaś, siedziała z nosem przyklejonym do szyby, popijając gorące kakao.
Tam, mogła wszystko przemyśleć lub po prostu posiedzieć, gdy męczyła ją bezsenność.
Fascynował ją księżyc, oświetlający uśpioną Ziemię, wskazujący drogę zbłąkanym i niespokojnym duszom. Jej duszy również.
Dziewczyna prychnęła.
Czy ja w ogóle mam duszę? Wątpię!
Stojąc teraz przy oknie w hotelowym pokoju, obserwowała gwiazdy, pojawiające się na nieboskłonie. Znowu wróciło wspomnienie tamtego dnia. Zawsze wraca...

Był wieczór. Weszła do domu trzaskając drzwiami i ruszyła w kierunku schodów. Lekceważąc matkę, zwracającą jej uwagę, wbiegła na piętro. Kiedy zatrzasnęła za sobą drzwi do swojego pokoju, nie mogła już dłużej wytrzymać i zaczęła płakać. Małe, przeźroczyste kropelki spływały po jej policzkach. To nie może być prawda! Nie może. Nie może! A jednak...
Gdy usłyszała kroki na schodach, szybko podeszła do okna, by wyjść na dach. Tam, gdzie był jej azyl. Mała świątynia. Szczególnie nocą.
Usiadła, podciągając kolana pod brodę. Ukryła swoją twarz. Znów płakała. 
- Skarbie, co Ci jest?
To mama. Wyszła za nią i usiadła obok, kładąc swoją dłoń na jej ramieniu. 
- Dlaczego tata nas zostawił? - zapytała, patrząc daleko przed siebie.
- Więc znów chodzi o to. Mówiłam Ci, córeczko, że Twój ojciec jest...
- Kim, mamo? - spojrzała na nią, lecz matka milczała, bawiąc się palcami. 
Unikała jej wzroku. Była zdenerwowana.
- Właśnie w tym cały problem. On jest demonem. - wyznała przenosząc wzrok na księżyc.
- O czym Ty mówisz? 
- Nie udawaj, że nie wiesz! Moim ojcem jest demon, nie Edd! Demony nie wiążą się z ludźmi, więc fizycznie nie mogę mieć ojca! A twój mąż, Edd... Mógł mi go zastąpić, ale... Zostawił nas! Przeze mnie! Bo jestem Czarownicą!
- Skarbie...
- Co? Może to nie prawda?! Więc dlaczego tak wyglądam?! Kto normalny ma tęczówki czerwone jak krew?! 
- Wiesz dobrze, że zmieniają barwę. To zależy od Twojego...
- Taaa. Też mi coś! Kiedy jestem zła są baaardzo czerwone, a kiedy jestem smutna są mniej czerwone. Tak samo jak moje włosy! Żadna różnica. 
- Skąd o tym wiesz? O swoim ojcu? - zapytała matka.
- Pewna kobieta mi o tym powiedziała.
- Czarownica?
Skinęła głową, potwierdzająco.
Matka westchnęła głęboko, zakrywając twarz.
- Nie wiedziałam... Wyglądał jak Edd. Kiedy dowiedziałam się, że jestem brzemienna... Pomyślałam, że to cud. Tak długo staraliśmy się o dziecko. I pojawiłaś się Ty. Taka piękna - spojrzała na córkę ze łzami w oczach.
Cały gniew nagle wyparował. Przysunęła się do matki i przytulając ją, wyszeptała:
- Mów dalej. Proszę. Chcę usłyszeć prawdę.
- Kiedy otworzyłaś oczka, były czerwone. Edd się wystraszył. Powiedział, że przysłał Cię sam diabeł. Chciał... Chciał się Ciebie pozbyć. 
- Dlaczego więc tu jestem? Dlaczego wciąż żyję? - zapytała.
- Bo jesteś moją córką! Kocham Cię, bez względu na to, jak wyglądasz. Gdy ujrzałam Cię po raz pierwszy, wiedziałam, że jesteś wyjątkowa, a nie zła. Edward dał mi wybór: Ty lub on. Wyrzuciłam go więc z domu. Chciał mi Cię odebrać. Chciał Cię skrzywdzić, kochanie. Jeśli miałabym wybierać ponownie to bez wahania wybrałabym Ciebie - kobieta westchnęła i wtuliła na chwilę twarz we włosy córki.
- Masz dopiero dwanaście lat, a już tyle cierpienia doświadczyłaś! Nie takie życie planowałam dla Ciebie. 
Podniosła głowę i uśmiechnęła się do matki.
- Mam wspaniałą mamę. Niczego więcej mi nie trzeba. Razem możemy wszystko!

Od tego dnia co noc wychodziły razem na dach i rozmawiały. Dziewczynka pokazywała drobne sztuczki, których się nauczyła i opowiadała o czarownicy, pomagającej w poznaniu i zrozumieniu zasad, panujących w Świecie Cieni. Matka zaś uważnie jej słuchała lub opowiadała o gwiazdach. Po kilku miesiącach dziewczyna potrafiła wymienić wszystkie gwiazdozbiory, a jej magia była na wysokim poziomie. Jak na dwunastolatkę.
Noc to dobre wspomnienia. Mama. Miłość. Zaufanie.
Ale również ból, cierpienie...
Znalazła się w Nowym Jorku, ponieważ jej przyjaciel...
Cholerny idiota!
Po jej policzku spłynęła łza.
Czuła ból, ponieważ straciła przyjaciela - kogoś, kto był dla niej jak brat. Czy powinna go opłakiwać? Oczywiście, że tak!
Niestety uczucia, związane ze śmiercią Remusa przyćmiło coś, co towarzyszy jej od wielu lat.
Żądza zemsty.
Do jej oczu napłynęły łzy.
Odwróciła się gwałtownie i z jej dłoni wystrzeliły czerwone iskry.
Przyjechała tu nie tylko z powodu Remusa. Miała jeszcze jeden,  konkretny cel.
Znaleźć go.
Mężczyznę, którego kochała.
Tego, który ją zranił - psychicznie i fizycznie.
Tego, który za wszystko zapłaci.
Nie może się poddać, chociaż on ukrywa się przed nią już tak długo.
A jeśli już nie żyje, to musi na własne oczy zobaczyć jego grób.
Może po wszystkim zostanie z Dorianem w Nowym Jorku na stałe?
Przecież i on jest tu z dwóch, różnych powodów...

Ruszyła w stronę łazienki.
Znajdę go. Dopadnę go. Zemszczę się.
Przemyła twarz zimną wodą i spojrzała w lustro.
W swoich oczach dostrzegła wściekłość.
Jej długie, w tej chwili krwistoczerwone włosy unosiły się. Zupełnie tak, jakby w łazience wiał wiatr.
Na twarzy dziewczyny pojawił się uśmiech.
Mrożący krew w żyłach uśmiech.
- Dopadnę Cię, sukinsynu, albo nie nazywam się Ingrid Fire.

******

W Bibliotece panowała cisza.
Wszyscy obserwowali Magnusa i Doriana, stojących kilka kroków od biurka Maryse.
Jocelyn, leżała na sofie z szeroko otwartymi oczami, a Luke siedząc obok niej, patrzył na całą sytuację z stoickim spokojem.
Clary, podobnie jak jej matka, wpatrywała się w czarowników wytrzeszczając oczy ze zdziwienia, a Jace, najwyraźniej był rozbawiony.
Isabelle przyglądała się z zaciekawieniem całej sytuacji. Natomiast Simon, gapił się to na Magnusa, to na Doriana z otwartymi ustami, które ułożyły się w idealne "o".
Maryse spokojnie siedziała w fotelu, wystukując palcami tylko jej znany rytm, a trener Cartwright stał za nią z niewzruszoną miną.
Jak zwykle.
Alec spojrzał na Magnusa, który wciąż mierzył wzrokiem Doriana, zaciskając przy tym zęby. Cisza, panująca w pomieszczeniu, z każdą chwilą, stawała się coraz bardziej irytująca.
Nocnego Łowcę przeszedł dreszcz, gdy poczuł na karku delikatny, chłodny wiatr, wpadający do Biblioteki przez okno.
- Jestem niezmiernie szczęśliwy, że rodzina odnalazła się po "tylu latach" - powiedział nagle Silas, skupiając na sobie wzrok wszystkich.
Zrobił kilka kroków w stronę drzwi, po czym odwrócił się i kontynuował:
- Chciałem podziękować również, za zaproszenie na naradę, dotyczącą sprawy ważnej zarówno dla Was, jak i dla Clave. Pozwól jednak, Maryse, że wrócę do siebie. Muszę wysłać raport do pani Konsul, dotyczący postępów pana Lewisa.
- Oczywiście, Silasie. Jeśli ustalimy coś nowego, niezwłocznie Cię o tym powiadomimy.
Trener skinął głową i opuścił Bibliotekę. Kiedy to zrobił, wreszcie odezwał się Magnus.
- Więc jesteś moim bratem, Dorianie.
- W rzeczy samej.
- Przybycie Remusa do Nowego Jorku i ta przepowiednia, były przypadkiem czy też nie? - zapytał Bane.
- Trochę tego i trochę tego. Po przeczytaniu przepowiedni Remus poprosił naszego Ojca o pomoc. Później zaś uciekł, mając nadzieję, że Otchłań go nie znajdzie. Czemu wybrał Nowy Jork? Nie wiem. Ale to była jego decyzja. Ja i Ingrid szukaliśmy... Nie mogliśmy przyjechać tu razem z nim. Mieliśmy dołączyć do niego nieco później.
- Czego szukaliście? Ty i Ingrid? - Bane był wyraźnie zaciekawiony.
- Wybacz, ale to prywatna sprawa Inn. Jeśli ją zapytasz, to może Ci powie lub... Nie, nie sądzę, by próbowała Cię unicestwić.
- Remus przyjechał do Nowego Jorku, bo miał ku temu powody. Był moim dłużnikiem - powiedział oschle Bane.
- Kim jest Otchłań? - wypalił Alec, chcąc zmienić temat rozmowy.
- To demon, do którego należy przepowiednia - odparł Shade.
- Znam to imię - niespodziewanie odezwał się Simon.
- Doprawdy? - Herondale spojrzał na niego unosząc brew - Oświeć nas więc, PRZYZIEMNY!
- Wal się, Jace - syknęła Isabelle w stronę brata, po czym odwróciła się do swojego chłopaka - Mów, Simon.
- Przeczytałem w Demonologii, że Otchłań to demon niskiej rangi. Więc zastanawiam się, jak to możliwe, że...
-... że przepowiednia należy do niego? - dokończył Shade.
- Właśnie.
- Drogi Simonie pozwól, że uzupełnię Twoje informacje i wyprowadzę Cię z błędu, w który wprowadziła Cię ta śmieszna książeczka, napisana dla Nefilim. Bez urazy - Dorian przesunął wzrokiem po wszystkich obecnych w Bibliotece.
- Sądzisz, że wiesz lepiej niż książka? - prychnął Jace.
- Nie zapominaj, blondasku, że jestem w połowie demonem. Więc, tak. Wiem lepiej. Opowiem wam teraz co nie co o naszym problemie.
Dorian zaśmiał się krótko, ukazując swój język i zaczął mówić.
- W rzeczywistości Otchłań był kiedyś potężnym demonem. Niestety zrobił coś, za co musiał ponieść karę. Ojciec więc postanowił go zdegradować do stanowiska demona niższej rangi - taki przywilej Księcia Piekieł. Zanim jednak to zrobił, jeden z zwolenników Otchłani doniósł mu o zamiarach Asmodeusza. Wtedy Otchłań postanowił, że się zemści. Zanim stał się "nikim" rzucił klątwę.
- Klątwę? - zapytała Jocelyn, a jej głos przypominał szept.
- Przepowiednie, jak pani woli.
- Więc jeśli "klątwa-przepowiednia" się wypełni, będziemy mieć Edom na Ziemi? - zapytał Simon.
- W rzeczy samej. Chociaż nie. W porównaniu z tym, co może się stać, Edom jest rajem.
- Czasami zapominam jaki ten świat jest popieprzony - mruknął Lewis, przewracając oczami.
- Mamy jeszcze do wyjaśnienia kilka spraw - rzekł Magnus oficjalnym tonem.
- A! Racja! Może więc powiesz nam, dlaczego mój przyjaciel miał u Ciebie dług? - Shade uśmiechnął się szyderczo.
Widząc zaciskające się pięści czarownika, Alec zrobił krok do przodu i położył mu rękę na ramieniu. Gdy Bane się odwrócił i ich spojrzenia się spotkały, Nocny Łowca bezgłośnie powiedział: "Powiedz".
- Remus chciał mojej ochrony.
Twarz Doriana przybrała poważny wyraz.
- Co masz na myśli?
- Usiądźmy. To może potrwać dłużej, niż się spodziewałem - zarządził Magnus i chwytając dłoń Lightwood'a skierował się w stronę wolnej sofy.
Shade zajął miejsce obok Simona i Isabelle. Siedząc wygodnie skinął głową, dając znak Magnusowi, by zaczął mówić.
Bane westchnął głęboko i nie puszczając dłoni Aleca zabrał głos.
- Są czarownicy, których nie obchodzi kim jest ich "demoniczny" rodzic. Są również Ci, którzy chcą poznać jego tożsamość. Niektórzy, aż za bardzo.
- Mówisz o sobie? - Alec spojrzał na niego z uniesioną brwią.
- Między innymi - czarownik przewrócił oczami - Nie zawsze jednak takie "spotkanie" kończy się dobrze.
Nikt w Bibliotece nie zabrał głosu, więc kontynuował.
- Poznałem Remusa w Pandemonium, kilka lat temu. Siedział przy barze sam, z wyraźnym zamiarem zalania się w trupa. Kiedy podniósł wzrok i nasze spojrzenia się spotkały, zobaczyłem kim jest. Zdziwiłem się obecnością nowego czarownika, ponieważ jako Wielki Czarownik Brooklyn'u jestem dobrze poinformowany i żaden obcy, należący do Świata Cieni na terenie Nowego Jorku nie umknie mojej uwadze. Podszedłem więc do niego i zaczęliśmy rozmawiać. Opowiedział mi o bezsensownych poszukiwaniach swoich przyjaciół. Nie zdradził jednak czego lub kogo szukają, a gdy wypił kolejne trzy drinki wyznał, że musi uciekać i ukrywać się. Pomyślałem wtedy, że to zwykłe, pijackie gadanie, więc nie zastanawiałem się nad tym dłużej i nie pytałem. Z resztą wiedziałem, że nie chce o tym rozmawiać.
Magnus utkwił wzrok w podłodze. Coś go dręczyło.
Chyba nie obwinia się o śmierć Gardell'a?!
Kiedy myśl ta przemknęła przez głowę Lightwood'a, ścisnął mocniej dłoń czarownika.
- Muszę się napić! - wypalił nieoczekiwanie Bane.
Pstryknął palcami i w jego wolnej ręce pojawiła się szklanka z brązowo-złotym napojem.
- Pozwolę sobie zaproponować panom to samo - czarownik uniósł szklankę, drugą rękę zaś uwolnił z uścisku swojego chłopaka i machnął nią w powietrzu.
- Whiskey? - Luke przeniósł wzrok ze szklanki, która pojawiła się w jego ręce na Bane'a, uniósł brew, po czym uśmiechnął się szeroko.
- Naturalnie! Naszym uroczym towarzyszkom ośmielę się zaoferować kieliszek znakomitego, czerwonego wina. Dla niewiasty w stanie błogosławionym soczek, oczywiście - Magnus uśmiechnął się do Jocelyn i ponownie machnął ręką.
Każdy teraz trzymał w ręce szklankę z napojem. Czarownik wziął spory łyk. Fala przyjemnego ciepła rozeszła się po jego gardle.
- Dlaczego chciał ochrony właśnie od Ciebie?! - zapytał Shade, wpatrując się w zawartość szklanki.
- Powiedziałeś mu, że jestem najpotężniejszym synem Asmodeusza, więc może dlatego? - odpowiedział Bane, po czym wziął kolejny łyk.
- Tamtego dnia, w Pandemonium Gardell oznajmił mi, że i on chce poznać swojego ojca. Chciał, żeby ten go ochronił przed demonem, którego imienia nie zdradził. Próbowałem wybić mu ten pomysł z głowy. Ostrzegałem go, że może gorzko z to zapłacić. Bezskutecznie.
- Co się wtedy stało, Magnusie? - głos Aleca był ciepły i pełny troski.
- Następnego dnia przyszedłem do jego sklepu. Usłyszałem krzyk, wbiegłem do części mieszkalnej i zobaczyłem Remusa leżącego na Ziemi. Był przerażony i wycieńczony. Jego ojciec próbował wydostać się z Pentagramu. Chciał zabrać jego nieśmiertelność. Przybyłem w ostatniej chwili i odesłałem go. Remus myślał, że mogę go ochronić przed demonem, który go ściga. Nie chciał jednak powiedzieć o kogo mu chodzi. Gdybym jednak poznał prawdę, może mógłbym...
- Nie zadręczaj się tym - Dorian spojrzał na Magnusa ze współczuciem - To nie Twoja wina.
- Kilka dni później Gardell wyjechał z Nowego Jorku. Byłem zaskoczony, kiedy wrócił tu po Mrocznej Wojnie. 
- Kto jest jego ojcem? - zapytała Clary, wtulając się w ramię Jace'a.
- Lupus. Przywódca demonów sprowadzających choroby - Magnus skrzywił się, odpowiadając.
- Tak. Niezbyt sympatyczny - mruknął Dorian.
- Spotkałeś się z nim? - zapytał zaciekawiony Bane.
- Nie było to zbyt udane spotkanie. W każdym razie mogę powiedzieć jedno: Remus odziedziczył karnację i rogi po ojcu.
- Zastanawiam się nad jedną sprawą - zaczęła Maryse - Dlaczego w Los Angeles demony walczyły z Nocnymi Łowcami, a w innych Instytutach nie?
- Ponieważ to Nocni Łowcy zaatakowali demony, gdy tylko się pojawiły. Szybka reakcja! - oznajmił Jace.
- Nie zapominajmy o tym, kto współpracuje z Otchłanią - zauważyła Isabelle.
- No tak. Lilith. To wredne... demoniczne babsko chyba nigdy się nie odczepi! - dodał Simon.
- Co teraz zrobimy, Maryse? Zawiadomimy Clave? - zapytała Jocelyn.
- Nie.
Spojrzenia wszystkich zwróciły się w stronę Maryse. Kobieta patrzyła na dokumenty, leżące przed nią na biurku.
- Clave i tak nic z tym nie zrobi. Zbagatelizują sprawę, ot co! Kiedy dowiemy się czegoś więcej wyślemy im wiadomość.  
- Popieram Twoją decyzję, mamo - Alec posłał jej delikatny uśmiech.
- Nie wiem jak wy, ale ja jestem zmęczona - powiedziała Izzy, przecierając oczy.
- Jest już po dwudziestej drugiej! Na tym zakończymy dziś tą sprawę. Dorianie, jeśli zechcesz, możesz przenocować w Instytucie - pani Lightwood zwróciła się do czarownika -  Mając na uwadze fakt, iż Remus został zamordowany, a Ty jesteś jego przyjacielem i bratem Magnusa, wręcz nalegam, abyś został. Estell wskaże Ci pokój.
Dorian zgodził się na jej propozycję.
- Zanim rozejdziemy się do swoich sypialni, chciałbym dowiedzieć się jeszcze jednej rzeczy BRACISZKU - powiedział Bane naciskając na ostatnie słowo - Kiedy wezwałeś Ojca, czego chciał w zamian? Wszyscy tu obecni dobrze wiedzą, że za wezwanie Księcia Piekieł, trzeba zapłacić.
- Kolejny, niepasujący element układanki. Gdy wezwałem Go, by założył barierę na przepowiednię, zgodził się chętnie. Na pytanie czego chce w zamian, odpowiedział: "W niedalekiej przyszłości synu, możliwa będzie wojna, w której Ty i Twój brat oraz wasza rodzina, będziecie zmuszeni do współpracy ze Światłem, jak i z Mrokiem. Wtedy odbiorę swoją zapłatę". Zapytałem wtedy, co zrobi jeśli nie będzie żadnej wojny.
- Co odpowiedział?
- "Wszystko w swoim czasie, Dorianie"
- To naprawdę... Interesujące.
- Wiedziałem, że to powiesz Bane.
Magnus otworzył usta, by coś powiedzieć, gdy nagle rozległ się huk.

******

Zegar wskazywał godzinę dwudziestą drugą. Po opuszczeniu Biblioteki, Silas napisał Ognistą Wiadomość do pani Konsul:

"Simon Lewis jest obiecującym kandydatem na Nocnego Łowcę."
Silas Cartwright   

Trener nie był zmęczony, więc zaczął zastanawiać się, co mógłby teraz zrobić. Pomysł o powrocie do Biblioteki odpadł na początku.
Szanuję Magnusa, ale nie mam ochoty zagłębiać się w jego drzewo genealogiczne...
Trening o tej porze też nie wydawał się być dobrym pomysłem. Po chwili Silas postanowił przejść się korytarzami Instytutu. Może w trakcie "spaceru" wymyśli coś innego lub po prostu poczuje zmęczenie. 
Wyszedł z sypialni, delikatnie zamykając drzwi i ruszył przed siebie. Zwiedził chyba cały Instytut!
Po drodze mijał puste pokoje, przeznaczone dla przejezdnych lub nowych Nocnych Łowców. Z wielką dokładnością przyglądał się obrazom, zdobiącym korytarz. Był w Oranżerii, przeszedł obok jadalni i pokoju muzycznego, a także obok Izby Chorych. Gdy znalazł się w pobliżu Biblioteki usłyszał nadal trwającą rozmowę. Przyśpieszył kroku, aby uniknąć przypadkowego spotkania, z którymś z Nocnych Łowców lub czarowników. Niespodziewanie Cartwright znalazł się w holu.
Chyba mój organizm potrzebuje świeżego powietrza...
Kiedy otworzył główne drzwi Instytutu, uderzyło go chłodne, aczkolwiek przyjemne powietrze. Zamknął za sobą drzwi najciszej jak potrafił. Odwrócił się w stronę żelaznej bramy, po czym wziął głęboki wdech i zamknął oczy. 
Nowy Jork to nie Idris. 
Noc była piękna, więc postanowił usiąść na schodach Instytutu i rozkoszować się ciszą i świeżym powietrzem. Silas spojrzał w niebo.
Czego oczekiwał po przyjeździe do tego Instytutu? Traktowania jak członka rodziny, wspólnych wieczorów w salonie, przyjaźni?!
Przecież jest Silasem Cartwright'em.
"Najsurowszym i najbardziej wymagającym trenerem Akademii Nocnych Łowców w Idrisie!" 
"Jego twarz ma stale taki sam wyraz. Zimny. Surowy!"
"Cartwright nie okazuje żadnych emocji, oprócz gniewu, wściekłości i obojętności!"
"Bije od niego chłód!"
"Wszyscy się go boją!"
Czy wszystko to, było prawdą? Nie chciał przecież być taki jak ojciec. Ale był...
Jako dwunastolatek stworzył w ogół siebie tarczę. Założył maskę, która miała chronić go przed drwinami rówieśników, strachem przed człowiekiem mającym obsesję na punkcie dyscypliny, odrzuceniem... Szkoda, że nie potrafi jej teraz zdjąć. Nie jest łatwo komuś, kto jest sam. Sam ze sobą. Pomimo obecności tłumu.
Gdy jego uszy zarejestrowały dziwny dźwięk, Silas zerwał się na równe nogi. Wyjął zza pasa seraficki nóż i utkwił wzrok w bramie.
Cisza.  
W pewnej chwili jego oczom ukazała się kobieta. Szła wolnym krokiem wzdłuż bramy, a po chwili zatrzymała się. Nocny Łowca oddychał szybko. Obserwował ją i czekał.
Jest sama.
Zauważył, że kobieta mruży oczy, jakby próbowała coś dostrzec.
To nie demon, fearie ani wilkołak. Wampirem czy czarownicą też nie jest, więc to... Przyziemna! 
- Pomocy!
Cartwright wyprostował się słysząc jej głos.
Widziała go! Więc ma Wzrok!
- Proszę... po..
Nie zdążyła dokończyć, ponieważ osunęła się na ziemię. Nocny Łowca szybko podbiegł do bramy, otworzył ją, zabrał nieprzytomną na ręce i wniósł na teren Instytutu. Ułożył kobietę na schodach i pobiegł zamknąć bramę. Gdy wrócił, nieznajoma wciąż nie odzyskała przytomności.
Przesunął jej włosy i przyłożył dwa palce do szyi, by sprawdzić puls. Żyje.
Silas odetchnął z ulgą i spojrzał na twarz dziewczyny. Była młoda. Ciemnobrązowe włosy idealnie kontrastowały z jasną karnacją. Jej pełne usta były sine. Mimo to była piękna.
Muszę ją zabrać do środka.
Niespodziewanie dziewczyna podniosła się do pozycji siedzącej, biorąc głęboki wdech. Jej brązowe oczy były szeroko otwarte, gdy na niego spojrzała.
- Jesteś Nocnym Łowcą! Pomóż mi, błagam. - wyszeptała.
- Najpierw musisz mi powiedzieć co mam zrobić.
Dziewczyna oddychała ciężko. Chwyciła go tuż nad łokciem, jakby chciał się podeprzeć. Jej oczy... Gdzieś już je widział.
- Jesteśmy w niebez...
Zdezorientowany Cartwright zdążył jedynie złapać dziewczynę zanim ponownie straciła przytomność. Jedną ręką trzymał bezwładne ciało, a drugą uchwycił jej podbródek, kierując chorobliwie bladą twarz w swoją stronę.
- W niebezpieczeństwie?! Co chciałaś powiedzieć? Dlaczego powiedziałaś JESTEŚMY?!
Nagle z ust dziewczyny spłynęła strużka krwi, a zaraz za nią pojawiła się druga, tym razem płynąca z nosa.
Razjelu!
Cartwright podniósł dziewczynę, opierając jej głowę na swoim obojczyku. Otworzył główne drzwi Instytutu, po czym zamknął je za sobą kopniakiem. W budynku rozległ się głośny huk. Biegiem ruszył w stronę Biblioteki, mając nadzieję że inni nadal tam są.
 Sprawnie wbiegł po schodach, pokonując po dwa stopnie jednocześnie. Jego serce biło jak szalone.
Na Anioła! Nie umieraj! Nie umieraj, błagam...
Błyskawicznie dotarł do Biblioteki i już miał zamiar kopnąć w drzwi, gdy te stanęły otworem.
Stanął w nich Magnus. Czarownik wyglądał na zaskoczonego jego widokiem.
Jego oczy rozszerzyły się jeszcze bardziej, gdy ujrzał nieprzytomną dziewczynę. 
Zaraz za nim ukazał się reszta.
- Kto to jest? - zapytała Maryse.
Twarz dziewczyny nadal przylegała do klatki piersiowej trenera, a w dodatku zasłaniały ją włosy.
Cartwright delikatnie się poruszył, ukazując twarz dziewczyny, umazaną krwią, która wciąż stróżkami płynęła z jej ust i nosa. Jej twarz była biała. Ale wciąż oddycha. Silas czuł bicie jej serca.
- Na Anioła! - wrzasnęła Isabelle.
Wiedzieli kim ona jest.
Widział to po przerażeniu, malującym się na ich twarzach.
Cisza. 
Przerażająca cisza.
Trener słyszał głośnie łomotanie swojego serca.
Ciszę przerwało jedno słowo.
Imię.
Imię wypowiedziane z bólem, przerażeniem i bezsilnością.
Imię wypowiedziane przez Simona.
- Becky...


******
Witam was cieplutko! Mamy kolejny rozdział ;) 
Troszkę się wyjaśniło, znów jakaś tajemnica... 
Nie wiem, czy jestem zadowolona z tego rozdziału ;D 
Mam nadzieję, że się spodoba ;)
CZYtasz? Zostaw ślad <3
- Ash ;*

PS: Nowe postaci w zakładce "Bohaterowie" ;)  

czwartek, 12 maja 2016

Rozdział 8

- To naprawdę dziwne, Emmo. Porozmawiam o tym z Magnusem. Na razie!
Clary odłożyła telefon i westchnęła głośno.
- Co jest? - zapytał Jace, który właśnie przyszedł po nią.
- Dzwoniła Emma.
- I co Ci powiedziała? Wyglądasz, jakbyś zobaczyła Asmodeusza w bikini.
- Bardzo śmieszne. Chodzi o to, że oficjalny raport różni się troszkę od jej opowieści.
- O czym Ty mówisz?
- Nie teraz, Jace . Chodź na trening. Wszystko okaże się dziś wieczorem.
- Jak chcesz, kochanie. Jak chcesz...

******

- Muszę przyznać Jace, że Twój parabatai to szczęściarz - powiedziała Clary wychodząc z łazienki.
Trening się skończył, więc razem z Jace'em postanowili pójść do jej pokoju i obijać się, aż do obiadu. Herondale leżał na łóżku z wilgotnymi jeszcze włosami.
- Masz na myśli to, że związał się z czarownikiem, dzięki czemu może zjeść chińszczyznę o każdej porze dnia i nocy?
- Nie, Jace - dziewczyna usiadła po drugiej stronie łóżka, rozpuszczając włosy, które wcześniej upięła, by nie zmoczyć ich podczas prysznica.
- Hmmm. W sumie to fajne i praktyczne! Chcesz zjeść stek: PSTRYK! I masz stek! Chcesz zjeść pizze: PSTRYK! I masz pizze! - Jace kontynuował, jakby w ogóle nie było jej w pomieszczeniu.
- Ile Ty masz lat, Jonathanie Herondale?! - rudowłosa spojrzała na niego z uniesioną brwią.
- Jestem starszy od Ciebie, skarbie - w odpowiedzi puścił jej oko i włożył ręce pod głowę.
- Chodziło mi raczej o to, że często Magnus zabiera go ze sobą, przez co omija go parę nieprzyjemnych rzeczy - wyjaśniła.
- Trening jest nieprzyjemny?
- Nie łap mnie za słowa! Po prostu w jego życiu coś się dzieje, a my robimy ciągle to samo. Demony, treningi, demony, treningi...
-... dbanie o seksowne ciała, olśniewanie Przyziemnych i jeszcze kilka rzeczy, które pominę.
Nocna Łowczyni pokręciła głową, patrząc na swojego narzeczonego.
- Razjelu, daj mi cierpliwość, bo nie ręczę za siebie! - powiedziała błagalnym tonem, wznosząc ręce ku górze.
- Prawda jest taka, że jestem lepszy od Ciebie, kochanie. W końcu trenuję od dziecka a Ty...
Nie skończył, ponieważ dziewczyna rzuciła się na niego.
Nocny Łowca złapał ją za nadgarstki, przewracając na drugą połowę łóżka i usiadł na niej. Ręce Clary złączył tuż nad jej głową, nie puszczając ich.
- Tego nie przewidziałaś, co? - wyszeptał, po czym złączył ich usta, nie czekając na odpowiedź.
Z początku delikatny i nieśmiały pocałunek, przerodził się w namiętny i pełen pożądania. Gdy Jace puścił jej ręce, dziewczyna cichutko jęknęła i wplotła palce w jego włosy. Chłopak zaczął wędrować wargami po jej skórze, muskając dołek pod obojczykiem i zagłębienie za uchem.
W pewnej chwili przyciągnęła go do siebie mocnej, objęła ramionami i przeturlała razem z nim na wolną połowę łóżka, by zmienić pozycję. Gdy ponownie złączyli usta w pocałunku, wzburzone kaskady rudych włosów spływały po jej ramionach, delikatnie łaskocząc go po twarzy. Dłonie Jace'a błądziły po jej udach, biodrach i talii.
Ich pocałunki były agresywne, pełne pragnienia.
Dwa ciała splecione ze sobą w taki sposób, by nikt i nic nie mogło ich rozdzielić.
Razem.
Tu i teraz.
Tracąc wszelkie poczucie czasu i miejsca.
Tę chwilę, która mogłaby trwać wiecznie przerwało pukanie do drzwi.
- Czego?! - warknął Jace.
W drzwiach pojawili się Isabelle i Simon.
- Razjelu, co znowu? Przyszliście na grupowy seks? - zapytał sarkastycznie Herondale, siadając na łóżku, zrzucając z siebie rudowłosą - Wybacz Isabelle, ale jesteś moją siostrą i nie mógłbym..
- Och zamknij się na chwilę. Mam wiadomość od Aleca.
- Coś poważnego? - zapytała Clary.
Isabelle chwyciła Simona za rękę i wepchnęła go do pokoju, zamykając drzwi.
- Mówi Ci coś nazwisko Gardell, braciszku? - zapytała Izzy.
Nocny Łowca spojrzał na siostrę, po czym przeniósł wzrok na jej chłopaka.
- Simon? - wycedził Jace przez zęby.
- Co znowu ja?! Alec kazał powiedzieć dziewczynom, więc powiedziałem Isabelle!
- Przepraszam, czy ktoś mnie oświeci? - Clary usiadła, opierając się o zagłówek łóżka.
- Remus Gardell. Czarownik. Mieszka w Nowym Jorku od niedawna. Prowadzi sklep jubilerski trzy przecznice od mieszkania Magnusa i Aleca. O sklepie wiedzą tylko czarownicy, kilku wpływowych Podziemnych i Nocnych Łowców oraz jeden Przyziemny - tu Jace spojrzał na Simona, który odpowiedział mu środkowym palcem.
- Dobra. I co z nim nie tak, Isabelle? - zapytała Clary.
- Nie żyje.
- CO?! - Jace w jednej chwili zerwał się na nogi.
- Od razu mówię, że nie wiem co się stało. Simon, skarbie dokończysz? Muszę iść szybko do matki.
Isabelle musnęła jego policzek i wybiegła z pokoju, trzaskając drzwiami.
- O co jej chodziło? Tylko się pośpiesz, bo za chwilę obiad! - nakazał Jace, krzyżując ręce na piersi.
- Właśnie o obiad. Alec napisał, że interes Remusa przejmują jego przyjaciele. Kobieta zjawi się dopiero jutro, ale facet przyjechał już dziś - wyjaśnił Lewis.
- Znasz ich nazwiska? - zapytała Clary.
- Ingrid... Fire. Tak! Ingrid Fire i Dorian Shade.
- A co to ma wspólnego...
- Alec i Magnus przyprowadzają czarownika do Instytutu na obiad, a później ma odbyć się spotkanie rodzinne. No...  Spotkanie rodzinne plus goście, bo słyszałem, że zaprosili również trenera - oznajmił Simon.
- Świetnie! Nareszcie coś się dzieje - Clary uśmiechała się szeroko.
- Mam dla Ciebie coś lepszego, Fairchild: Popołudniowy trening odwołany - powiedział Simon.
Rudowłosa zauważyła, że na jego twarzy pojawił się cień rozczarowania.
Simon lubi treningi Cartwright'a?!
- Alec i te jego pomysły - prychnął Jace.
- Skąd wiesz, że...
- To zrozumiałe Clary. W ich związku Magnus jest tym rozsądniejszym - oznajmił Nocny Łowca.
- A w waszym zapewne Ty, Herondale - dodał Simon.
- Jesteś w temacie, Lewis! Będzie z Ciebie Nocny Łowca - Jace i Simon przybili piątkę.
- Razjelu! Raz przyjaciel a raz wróg... Idziecie? - zapytała Clary ruszając w stronę drzwi.
Zanim weszli do jadalni Jace złapał ją za rękę, tuż nad łokciem, pozwalając Simonowi wejść do pomieszczenia.
- Zastanowisz się nad moją propozycją, żeby po ślubie zamieszkać z Magnusem? No wiesz...
Ja i Alec jesteśmy parabatai, a Magnus potrafi wyczaro...
- Zamknij się, Jace.
Tymi słowami Clary zakończyła jego wypowiedź i weszła do jadalni, gdzie czekali już jej rodzice, Maryse i trener Cartwright oraz Isabelle z Simonem.
Teraz brakowało już tylko Magnusa, Aleca i Doriana Shade'a.

******

- Po obiedzie odbędzie się spotkanie w Bibliotece - oznajmił Alec idącym obok niego czarownikom.
- Czyżbyś się martwił aż dwoma opuszczonymi treningami, Alexandrze? - zapytał Magnus.
- Nie specjalnie. Na razie ważniejsze jest to, co się dzieje. Ataki, śmierć Remusa i te dokumenty...
A właśnie, przetłumaczyłeś je?
- Nie. Tak się składa, że potrafię czytać w tym języku - odrzekł dumnie Magnus.
Przez całą drogę czarownik nie mógł powstrzymać się od ciągłego zerkania na Shade'a.
Gdy tylko Bane próbował spojrzeć mu w oczy, ten umiejętnie unikał jego wzroku.
Szedł, rozglądając się we wszystkie strony.
Nie udzielał się w rozmowie.
Pan Tajemnica.
- Nowy Jork jest przepiękny! - odezwał się Shade gdy zbliżali się do bramy Instytutu.
- Zapewniam Cię, że gdyby było inaczej na pewno nie mieszkalibyśmy tu - odpowiedział Magnus, a jego ton sprawił, że Aleca przeszedł dreszcz.
O co mu chodzi? Obserwuje go i traktuje jak wroga. Czyżby coś wiedział i nie mówił o tym?
Nocny Łowca otworzył drzwi Instytutu i przepuścił swojego chłopaka, po czym odwrócił się do drugiego czarownika, który czekał przed drzwiami.
- Ja, Alexander Gideon Lightwood, Nefilim, zezwalam na Twoje jednorazowe wejście do tego Instytutu Dorianie Shade, czarowniku - powiedział.
Gdy czarownik wszedł do budynku znalazł się w długim, korytarzu.
Na ścianach wisiały obrazy różnych wielkości. Największy, przedstawiał Anioła Razjela z Mieczem Dusz i Kielichem Anioła nad jeziorem Lyn. Kolejny, bardzo duży obraz to podobizna Jonathana Pierwszego Nocnego Łowcy. Znajdowało się tu wiele dzieł, przy których trudno było się nie zatrzymać. Dorian szedł wolnym krokiem, przyglądając się każdemu z nich.
- Czekają na nas - oznajmił Alec patrząc na nowego czarownika.
Ten odwrócił głowę w jego stronę, uśmiechnął się, po czym znów przeniósł wzrok na obraz, przedstawiający mieszkańców tego Instytutu, a zarazem bohaterów Mrocznej Wojny.
Dotknął ramy obrazu i jak gdyby nigdy nic ruszył w stronę schodów, na których stał Magnus.
Kiedy dotarli na miejsce Bane uśmiechnął się do Aleca i otworzył wielkie, mahoniowe drzwi jadalni. Przepuścił swojego chłopaka i czarownika, po czym odezwał się:
- Witam. Wybaczcie nasze spóźnienie. Nasz gość zwiedzał hol. Chciałbym przedstawić nowego czarownika, który zamieszka w naszym mieście. Dorian Shade.
Magnus chwycił Aleca za rękę i pociągnął go w stronę stołu.
- Witam panie Shade. Maryse Lightwood. Jestem szefową tego Instytutu - kobieta podeszła do czarownika podając mu dłoń.
- To wielki zaszczyt, pani Lightwood. Czy mógłbym prosić wszystkich tu obecnych aby zwracali się do mnie po imieniu?
- Oczywiście, Dorianie. Znasz już mojego syna, Alexandra i jego partnera Magnusa. To jest najlepszy trener z Akademii Nocnych Łowców w Idrisie - Silas Cartwright. Obok siedzi Lucian Graymark i jego żona Jocelyn - Maryse przedstawiła mu starsze pokolenie Nefilim, wskazując każdego po kolei.
Czarownik ukłonił się im, po czym przeniósł wzrok na młodych.
- To moja córka Isabelle oraz jej chłopak Simon Lewis. To Clarissa Fairchild i Jonathan Herondale...
-... jej narzeczony - wtrącił Jace.
- To zaszczyt poznać was wszystkich - powiedział Dorian.
- Zapraszam do stołu. Estell będzie zła, gdy jedzenie wystygnie - powiedziała Maryse, wskazując mu puste miejsce po swojej lewej stronie.
Podczas posiłku mieszkańcy Instytutu zadawali Dorianowi pytania, na które czarownik chętnie odpowiadał. Urodził się w Phoenix i mieszkał tam przez 25 lat. Pewien incydent sprawił, że musiał opuścić Arizonę. Podczas swojej podróży dookoła świata poznał Ingrid i Remusa. Od tego czasu zawsze trzymali się razem.
Kiedy Jace otwarcie zapytał go o jego piętno demona, Shade zaśmiał się radośnie ukazując swój język. Język jak u węża.
Tylko Magnus siedział wpatrując się w talerz, od czasu do czasu zerkając na Shade'a lub Aleca. Nocny Łowca zauważył jego zachowanie.
- Powiesz o co chodzi? - wyszeptał Alec, nachylając się w stronę czarownika.
Magnus jednak milczał. Trzymał w ręce widelec i bawił się jedzeniem, którego nawet nie tknął.
- Wybaczcie mi, ale Magnus i ja musimy was opuścić na chwilę - powiedział Alec po czym wstał i spojrzał na Bane'a wyczekująco.
Czarownik wstał bez słowa i ruszył za Nocnym Łowcą do wyjścia.
- Powiesz mi, do cholery o co chodzi? - warknął na niego Lightwood, gdy zamknął za sobą drzwi jadalni.
- Co mam Ci powiedzieć?
- Najlepiej prawdę. Kiedy tylko pojawił się Shade zachowujesz się co najmniej dziwnie.
Czarownik westchnął głęboko i spojrzał Alecowi w oczy.
- On... On ma coś wspólnego z tym wszystkim, Alec. Cały czas unika mojego spojrzenia, a poza tym... - urwał Bane przeczesując nerwowo włosy.
- Słucham - powiedział Alec, którego spojrzenie nieco złagodniało.
- Pamiętasz moment, kiedy zdjąłem zaklęcia ochronne z tych dokumentów? - zapytał.
- Oczywiście. Myślałem, że je spaliłeś.
- Zwróciłeś uwagę na dym, unoszący się nad nimi?
- Był granatowy. Co to ma wspólnego z nim? - mięśnie Lightwooda lekko się napięły.
- Otóż magia każdego czarownika ma swoją barwę. Magia Ragnora była zielona, Catariny jest biała, moja zaś niebieska - oznajmił Magnus.
Alec przypomniał sobie moment, w którym nowy właściciel sklepu jubilerskiego rzucał zaklęcia ochronne...
Nie. Musiałem coś pomylić!
- Masz rację. Magia Doriana jest granatowa.
Przez chwilę stali w ciszy, wpatrując się w siebie.
- To znaczy, że Dorian...
- ... nałożył zaklęcia ochronne. I to najprawdopodobniej on podrzucił te dokumenty - dokończył Magnus.
- Co teraz zrobimy?
- Poczekamy, zobaczymy co nam powie.
- Zdajesz sobie sprawę, że koleś może być zamieszany w te ataki, a my wpuściliśmy go do Instytutu?! - Alec patrzył na Bane'a z niedowierzaniem.
- O ile pamiętam, zezwoliłeś na "jednorazowe" wejście do Instytutu. Tak więc posłuchamy co nam powie PAN TAJEMNICZY. Jeśli będzie ściemniał, wyprowadzimy go po prostu z Instytutu - zarządził Magnus.
- A co zrobimy z tym wszystkim, jak już go wyprowadzimy?
- Dopiero wtedy będziemy się o to martwić. Teraz idź do nich. Ja idę po dokumenty. Spotkamy się w Bibliotece.
Czarownik odwrócił się i ruszył przed siebie, zostawiając Aleca samego.
Nocny Łowca stał jeszcze chwilę przed drzwiami jadalni. Potrzebował ochłonąć.
Jak mogłem tego nie zauważyć?
Po kilku głębokich oddechach otworzył drzwi i wszedł do środka.
- A gdzie Magnus? - zapytała Clary.
- Poszedł do pokoju, po dokumenty.
- Ale przecież on nic nie zjadł! - powiedziała Maryse wskazując talerz Bane'a.
- Powiedział, że zje później - powiedział Alec i usiadł do stołu.
Kończąc swój obiad, Lightwood poczuł na sobie czyjś wzrok. Jace. Blondyn dał mu znak, po czym podziękował za posiłek i wyszedł. Chwilę później Clary i Isabelle poszły w jego ślady.
- Mamo czy mogłabyś się zająć Dorianem? Simon chciał pożyczyć moją Demonologię. Prawda? - Alec spojrzał na Lewisa.
- Co? To znaczy... Tak! Bo tam jest napisane coś, co miałem przeczytać. I to jest naprawdę ważne, a ja zapomniałem co to jest, więc dobrze by było gdybym...
- Chodź, Simon - przerwał mu Alec.
- Za dwadzieścia minut w Bibliotece! - zarządziła Maryse.
Kiedy wyszli z jadalni Isabelle, Clary i Jace już na nich czekali.
- Stary o co chodzi? Pokłóciliście się o tego nowego? Widziałem jakie pioruny ciskał Magnus patrząc na tego Shade'a - odezwał się Jace.
- Daj spokój! Wiem, że ten cały Dorian to mega przystojniak. Zapewniam Cię jednak, że Magnus nie jest zainteresowany. A Ty, braciszku? - Izzy spojrzała na Aleca.
Nocny Łowca posłał jej w odpowiedzi lodowate spojrzenie.
- To znaczy, że nie. No więc w czym problem?
Lightwood opowiedział im w skrócie o zdjęciu zaklęcia, o kolorach magii i o planie wymyślonym przez Magnusa.
- Interesujące - mruknął Jace.
- Przestań kraść teksty Magnusa! - powiedziała Izzy.
- Tak w ogóle to chodźmy już, bo za chwilę minie to dwadzieścia minut - zarządził Alec i ruszył w stronę Biblioteki.
Gdy weszli do pomieszczenia zobaczyli Magnusa, siedzącego w fotelu. Jego oczy były szeroko otwarte, a twarz biała jak kreda.
- Na Anioła, co się stało? - Alec przykucnął obok fotela i położył dłoń na zaciśniętej pięści Magnusa.
- Te dokumenty.. Ta przepowiednia...
W tej właśnie chwili w Bibliotece pojawili się Graymark'owie, Cartwright z Maryse oraz Dorian.
- Zaczynamy? - zapytała pani Lightwood.
Bane podniósł się z fotela. Wyglądał już całkiem normalnie.
- Pozwólcie, że przejdę do sedna sprawy. Otóż mam tu dokumenty, które zostały podrzucone do skrzynki na listy Luke'a. Zostały one zabezpieczone barierą i zaklęciami ochronnymi.
- O jakiej barierze mówisz? Wspominałeś wcześniej, że to bardzo stara magia - wtrąciła Maryse.
- To magia krwi. Tylko ten, kto założy barierę może ją zdjąć, lub ktoś z jego krwi.
- Więc jeżeli tylko Ty mogłeś zdjąć tą barierę, to... - zaczął Luke.
- Asmodeusz.
W Bibliotece zapadła cisza. Wszystkie oczy zwrócone były w stronę Magnusa.
- Ale jak...
- Zapytajmy Doriana - wtrącił Magnus po czym spojrzał na czarownika.
- Zacznę więc od początku. Otóż Remus, mój zmarły przyjaciel dostał zadanie. Miał przechować dla pewnego demona tą przepowiednię. Razem z Ingrid odradzaliśmy mu tą pracę, ale nie posłuchał. W końcu nasza trojka postanowiła przeczytać, o co tyle zachodu. Kiedy Remus dostrzegł powagę sytuacji zwrócił się po pomoc do Asmodeusza, który już wcześniej założył barierę, zanim trafiła w ręce mojego przyjaciela - czarownik przerwał, biorąc głęboki wdech - Remus nie żyje, ponieważ przyszli do niego po przepowiednię, której już nie miał. Dobrze ją ukrył.
- Jak w takim razie znalazła się ona u Luke'a? - zapytała Maryse.
- On je tam przyniósł - oznajmił Magnus wbijając wzrok w Doriana.
- Ty? - Maryse spojrzała na nowego czarownika.
- We własnej osobie. Wiedziałem, że się domyślisz, Magnusie - Shade uśmiechnął się szeroko, ukazując swój język.
- Skoro znałeś treść przepowiedni, dlaczego nie przyszedłeś do Magnusa i nie powiedziałeś mu o niej? Dlaczego w ogóle wrzuciłeś ją do mojej skrzynki? - zapytał wilkołak.
- Miałem podrzucić ją Magnusowi, ale okazało się, że ktoś mnie śledzi. Krążyłem więc, aż dotarłem pod wasz dom - czarownik zwrócił się w stronę Luka i Jocelyn - Tak w ogóle to gratuluję! - dodał.
- O czym on mówi, mamo? - zapytała Clary, gdy oczy wszystkich zwrócone były w stronę Jocelyn.
- Nie powiedzieli ci, Płomyczku? - zapytał Bane - Cóż, gratuluję, będziesz miała rodzeństwo! - oznajmił czarownik klaszcząc w dłonie.
Jednak wyraz jego twarzy wskazywał na to, że jest zaniepokojony.
Clary zbliżyła się do matki i przytuliła ją mocno.
- Piękna scena, ale niestety musimy wrócić do sprawy. Wiemy, że to Ty podrzuciłeś te dokumenty i demony ich szukają. Posłuchajcie więc treści tych przeklętych papierów.
Bane wziął do ręki kartkę i zaczął czytać:

" I dopełni się zemsta demona,
znak podwładnym da, zwołując zebranie.
Gdy narodzi się Nocny Łowca,
który Łowcą Światła zostanie.

Czarny Anioł ma w sobie światło, 
lecz do Piekieł droga jest prosta.
Gdy mrok serce Nefilim wypełni, 
koniec świata, zagłada nadciąga.

Jest nadzieja na świata ratunek,
obdarzyć Ją czystą miłością.
Bez niej Światłość będzie Światłem
a jednocześnie Ciemnością"

Kiedy skończył czytać, w Bibliotece panowała cisza. Bane omiótł wszystkich wzrokiem i zatrzymał się na Jocelyn, której twarz była chorobliwie blada.
- Joc, wszystko w porządku? - zapytał Magnus.
W tym momencie Nocna Łowczyni osunęła się na ziemię. Zanim jednak upadła, Luke zdążył ją złapać.
- Mamo! Co się dzieje? - Clary przykucnęła przy niej, łapiąc ją za rękę.
- Maryse otwórz okno! Przesuń się Clary!
Magnus wydał polecenia i podszedł do kobiety.
- Powiedz mi, czy wszystko w porządku? Z dzieckiem? - wyszeptała przerażona.
Czarownik uniósł dłonie nad jej brzuchem. Gdy z jego rąk wypłynęły niebieskie promienie światła, zaczął wykonywać koliste ruchy, zamykając przy tym oczy. Po chwili otworzył je i spojrzał, na przerażoną Jocelyn.
- Wszystko dobrze. Luke połóż ją na sofie! - powiedział i wrócił na swoje miejsce.
- W tej przepowiedni chodzi o dziecko? - zapytał Alec.
- Tak. O dziecko, które w przyszłości może zniszczyć cały świat, jeśli dostanie się w szpony tego demona, do którego należy przepowiednia - oznajmił Bane.
- Czy to... może być...
- Nie, Clarisso - przerwał jej Magnus.
- Skąd ta pewność? - Jocelyn nerwowo przygryzała wargę, a na jej twarzy widać było nadzieję.
- Po pierwsze, urodziłaś już dziecko, które próbowało zniszczyć świat. A po drugie to chłopiec - odrzekł uśmiechając się szeroko.
- Syn?
- Syn! Gratuluję! - Bane posłał jej oko - W przepowiedni mowa jest o dziewczynce, więc wasze dziecko jest wykluczone.
- To za dużo jak na jeden dzień - powiedziała Isabelle.
- Racja panienko Lightwood, ale to nie wszystko. Clarisso zechcesz nam opowiedzieć o Twojej rozmowie z Emmą? - zapytał czarownik.
Rudowłosa podeszła do niego, odwróciła się w stronę wszystkich zebranych i zaczęła mówić:
- Kiedy zaatakowano Instytut w Los Angeles, Emma wraz z innym mieszkańcami walczyła z demonami. W pewnej chwili pojawiła się przed nią postać. Zakapturzona postać. Sądząc po głosie była to kobieta. Rozejrzała się, wciągnęła powietrze i powiedziała: "To nie tutaj". Kiedy to zrobiła wszystkie demony zniknęły wraz z nią. Emma przysłała nam obraz jednego z demonów, którego nie mogła zidentyfikować. Spójrzcie.
Rudowłosa wyciągnęła kartkę, na której znajdowała się podobizna demona, namalowana przez Juliana.
- To nie możliwe... - twarz Magnusa pobladła.
- A jednak. To dzieci Lewiatana i Behemota - oznajmił Dorian.
- Dwóch facetów? To tak można? - zdziwił się Jace.
- Historyjka z waszych podręczników to kłamstwo. Ten, kto to pisał, musiał być pijany - prychnął Shade - Głosi ona, że Bóg zniszczył samice obu tych gatunków. Prawda jest taka, że Lewiatan oddał swojej samicy życie, z nadzieją na zemstę. Najwyższy chyba tego nie przewidział. Tak oto Behemot - samiec i samica - Lewiatan zaczęli się rozmnażać.
- To Lewiatan jest KOBIETĄ?! - Simon przenosił wzrok z Doriana na Magnusa.
- W rzeczy samej, Simon - odpowiedział Bane.
- Moje życie było kłamstwem - stwierdził Lewis a na twarzy każdego, kto był obecny w Bibliotece pojawił się uśmiech. 
- Zastanawiam się... W jaki sposób się tu znalazły. Tylko rodzicie - Behemot lub Lewiatan mogli je tu sprowadzić. Albo potężny demon. A skoro Emma twierdzi... - Magnus spojrzał na Doriana.
- Lilith.
Oczy wszystkich zwróciły się w stronę Shade'a.
- Jak to zrobiłeś?! - syknął Magnus.
Nocni Łowcy obserwowali obu czarowników wpatrujących się w siebie. W oczach Magnusa tańczyły iskry wściekłości, natomiast Dorian wydawał się być rozbawiony.
- Jak przekazałeś mi swoje myśli! Ukrywasz coś! Od samego początku! Dlaczego nie chcesz spojrzeć mi w oczy?! - kocie oczy Magnus płonęły złotem.
- Bo znam Twoje zdolności. Naprawdę się nie domyśliłeś? Dlaczego akurat ja, wiedziałem jak ściągnąć barierę?! Dlaczego moja magia ma kolor podobny do Twojej?! Granatowy to przecież niebieski, tylko ciemniejszy o kilka tonów, czyż nie?
Magnus milczał. Patrzył na Doriana, który tym razem nie spuszczał wzroku.
- Tak, Magnusie. To ja ściągnąłem barierę, abyśmy mogli z przyjaciółmi poznać przepowiednię! To ja wezwałem Asmodeusza, aby ponownie ją założył!
- Jeśli to prawda... - urwał Bane.
- Zgadza się. Jestem synem Asmodeusza. Jestem Twoim bratem.

******

Kiedy otworzyła oczy, słońce ostatnimi promieniami wpadało przez okno, do jej sypialni. Na budziku, który stał na szafce obok łóżka, wybiła godzina osiemnasta.
Dlaczego ja śpię o tej porze?! I kiedy ja w ogóle zasnęłam?!
Rebecca usiadła na łóżku. Głowa bolała ją tak, jak wtedy, gdy pewnego dnia upiły się whiskey, należącą do ojca Britty - jej przyjaciółki z dzieciństwa. Powoli wstała i skierowała się w stronę kuchni.
Pomijając fakt, że spała po południu, zastanawiała się, dlaczego była w ubraniach a na dodatek w butach!
Kto śpi w butach?!
W kuchni Becky wyciągnęła z lodówki butelkę wody, odkręciła ją i zaczęła pić łapczywie. Zauważyła, że na stole znajduje się jej torebka, co zdziwiło ją, ponieważ zawsze trzyma torebkę w sypialni.
W pewnej chwili usłyszała głosy, dochodzące z przedpokoju. Podeszła bliżej, żeby usłyszeć wyraźniej. Jeden z nich należał do jej męża. Natomiast drugi... Zachrypnięty, nie podobny do żadnego dźwięku, który kiedykolwiek słyszała. Wychyliła się ostrożnie i zamarła.
Felix stał na przedpokoju z czymś co wyglądało jak jaszczurka, ale było rozmiarów człowieka.
Demon.
Szybko schowała się i zaczęła słuchać.
- Remus zawiódł. Nie żyje. Pan mówi, że teraz Twoja kolej.
- Rozumiem. Powiedz mi jakie są instrukcje - odpowiedział Felix.
- Szukaj przepowiedni! Remus ją komuś dał. Łgał jak pies, że została skradziona.
- Mam mały problem. Koło mojej żony kręcą się Nefilim...
Nefilim. Nocni Łowcy. Simon! Isabelle! Clary!
- W razie potrzeby - zabij. Możesz wysłać żonę, jako szpiega.
- Z całym szacunkiem, ale ona nie wie nic o...
- Wie o Świecie Cieni więcej niż TY! Na rozkaz pana zaatakował ją jeden z Fearie! I musieli jej powiedzieć! Jej brat ma zostać Nefilim! Jego dziewczyna i przyjaciółka są Nefilim! Może się czegoś od nich dowie! - demon syczał jak oszalały.
- Najpierw jednak sam będę szukał. Jeśli zajdzie konieczność, użyje Becky.
- Tylko się pośpiesz! Bo Ciebie i Twoją ukochaną spotka taki los, jak Gardell'a!
- To nie jest moja ukochana! Nie kocham jej i nigdy nie kochałem! Dla mnie liczy się tylko...
Rebecca poczuła suchość w ustach. Serce biło jej tak szybko, że ciężko jej było oddychać.
Kim jest Remus? Kim jest ten demon? KIM JEST FELIX?!
Spojrzała przed siebie i jej wzrok zatrzymał się na drzwiach kuchennych, którymi można wyjść z domu. Podziękowała w duchu matce, która zaproponowała jej wstawienie drzwi wyjściowych z przodu i z tyłu domu.
Była przecież ubrana. Jej torebka leży w kuchni.
Nie czekając ani chwili dłużej, zabrała torebkę ze stołu i ruszyła w stronę drzwi. Pociągnęła delikatnie za klamkę i drzwi natychmiast się otwarły. Wyszła najciszej jak potrafiła i zaczęła biec tak szybko, jak tylko nogi jej na to pozwalały.
Simon, Isabelle, Clary i inni są w niebezpieczeństwie! 
Muszę ich ostrzec. 
Muszę, za wszelką cenę!

******

Nefilim, Podziemni i Przyziemni! ;)
Przepraszam bardzo za niesłowność, ponieważ zadeklarowałam się pod postem urodzinowym, że dodam kolejny rozdział tego samego dnia! Nie udało się ;/
Ale wstawiam go dziś! Teraz! ;)
Mamy 12 maja, godz. 3.18 ;D
Ten rozdział wydaje mi się troszku dłuższy niż inne ;p

Starałam się, żeby był dłuższy i ciekawy! (W ramach rekompensaty ;D) 
Mam nadzieję, że się spodoba!!! :D
Co myślicie?! Zostawcie komentarz! ;)

Pozdrawiam J. <3

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Rozdział 6

Kolejne tygodnie były dla młodych Nocnych Łowców... Nudne? Monotonne?
Każdego dnia to samo: poranne treningi, wspólne posiłki, nauka, sen. Żadnej rozrywki, zero demonów, nie licząc kilku szybkich i banalnych akcji w Pandemonium...
Zaskoczeniem był fakt, że Maryse wprowadziła do ich planu zajęć popołudniowy trening z nauczycielem, który specjalnie na jej prośbę przybył z Idrisu. Silas Cartwright. Jeden z najsurowszych i najbardziej wymagających trenerów Akademii Nocnych Łowców.
Został on zaproszony do Nowego Jorku m. in. dlatego, że Simon musiał rozpocząć naukę, a ponieważ nie mógł jeszcze udać się do Idrisu, sprowadzono więc nauczyciela. Treningi mają potrwać miesiąc, a następnie Cartwright wróci do domu zabierając ze sobą Simona.
Swoją drogą, reszcie też przyda się porządny wycisk i dyscyplina!

Maryse westchnęła głęboko i rozsiadła się wygodniej w fotelu. Ostatnio spędzała w Bibliotece bardzo dużo czasu. To nie to, żeby miała zamiar czytać, nie...
Pomieszczenie pełne książek działało na nią uspokajająco.
- Nie jest łatwo rządzić Instytutem, wierz mi - oznajmiła, a w jej głosie słychać było zrezygnowanie.
- Nie wątpię, Maryse. Wiesz, że mogłabyś powiadomić Clave o swojej rezygnacji i szefem Instytutu...
- Rozmawiałam z dziećmi na ten temat. Wiesz przecież, że jako była szefowa mam obowiązek wskazać kandydata.
- Ach, oczywiście! No więc? Kogo ustawimy na piedestale?
Maryse spojrzała na czarownika, siedzącego na przeciwko niej.
Włosy Magnusa były w nieładzie a na jego twarzy, bez makijażu, zauważyła oznaki zmęczenia. Nocna Łowczyni po raz pierwszy widziała go w zwykłej, czarnej koszulce i spodniach dresowych. Wcale jej to nie przeszkadzało - przecież teraz jakiś czas będzie tu mieszkał, więc tak czy inaczej musi się przyzwyczaić do takiego "normalnego" stroju czarownika. Młody Lightwood zaproponował mu, żeby chwilowo oboje przenieśli się do Instytutu, dopóki trwają te dodatkowe treningi. Gdy czarownik zasugerował, że zostanie u nich w mieszkaniu, Alec skutecznie wybił mu ten pomysł z głowy.
Teraz, kiedy czekał na jej odpowiedź zauważyła coś jeszcze... Obawę?
- Jace.
- Herondale?! - zdumienie Magnusa lekko ją rozbawiło, ale kiedy zobaczyła ulgę malującą się na jego twarzy zachichotała jak mała dziewczynka.
- Tak. Właśnie Jace.
- Dlaczego nie Alec? Albo Isabelle? A co z Clary?
- Isabelle nie chciała w ogóle słuchać o tym, że chciałabym zrezygnować. Clary również. Natomiast Alec...
Magnus wstrzymał oddech.
- On odmówił.
- Powiedział dlaczego? - czarownik próbował udawać obojętność.
- Nie. Ale nie mam mu tego za złe. On najzwyczajniej w świecie słucha nie tylko rozumu ale również serca - odpowiedziała Maryse posyłając czarownikowi porozumiewawcze spojrzenie, lekko się przy tym uśmiechając.
- Interesujące. Co na to Jonathan?
- Zgodził się. Ale jeszcze nie teraz - Maryse westchnęła głęboko.
- Co masz na myśli?
- On nie chce, żebym rezygnowała.
- A czy Ty chcesz, Maryse? Czy chcesz zrezygnować z posady szefowej Nowojorskiego Instytutu? - Magnus wpatrywał się w nią tak intensywnie, że musiała odwrócić wzrok.
- Nie mogę - wyszeptała.
- Owszem, możesz. Sądzę jednak, że za tym wszystkim kryje się jeszcze coś. A raczej ktoś.
Maryse zamarła. Podniosła wzrok i napotkała spojrzenie czarownika. W jego kocich oczach było coś...
Czy on potrafi zahipnotyzować?!
- Masz rację - przyznała.
- Więc powiedz szczerze, chcesz porzucić to stanowisko, czy nie?
- Nie wiem! A nawet jeśli, dokąd miałabym pójść? Zostać tu? Być może, ale wiem, że po pewnym czasie czułabym się tu...
- Samotna?
Nocna Łowczyni wstała z fotela i zaczęła spacer po Bibliotece tam i z powrotem. Magnus wiedział, że za chwilę pęknie i zacznie mówić. Siedział więc i czekał.
- Spędzasz z kimś połowę swojego życia... Kiedy wyruszacie na misję martwisz się, że już się nie zobaczycie... Wychowujecie razem dzieci... Masz nadzieję, że zestarzejecie się razem...
- Maryse, Ty go kochasz.
- Co?! Nie! Ja tylko...
- Kochasz go, przecież widzę. Chcesz zrezygnować, by wrócić do Alicante. Do Roberta - czarownik położył jej ręce na ramionach i kontynuował.
- Kiedyś byliście o krok od rozstania, ale Razjel najwyraźniej dał wam znak w postaci Maxa.
- Masz racje, Magnusie. Nie zapominaj jednak, że Maxa już nie ma - w jej oczach pojawiły się łzy - A ja najzwyczajniej w świecie przyzwyczaiłam się, że Robert... Po porostu jest.
- I teraz jesteście dla siebie uprzejmi, w towarzystwie udajecie, że wszystko jest w porządku, a mieszkacie osobno i rzadko się widujecie, ponieważ Ty musisz być tu, a On jako Inkwizytor w Idrisie? Nie chcesz, żeby tak było. Brakuje Ci go. Wiesz dlaczego? Bo mimo wszystko go kochasz.
- Nie ważne czego ja chcę. On...
- On też za Tobą tęskni. I kocha cię równie mocno, jak Ty jego.
- Skąd Ty to możesz wiedzieć? - zapytała, patrząc na niego badawczo.
- Wiem, że kiedy Lightwood kogoś pokocha, to kocha całym sercem i tak łatwo nie odpuszcza - puścił jej oczko.
Mimo bólu jaki szalał w jej sercu uśmiechnęła się.
Razjelu! Na prawdę lubię tego czarownika!
- Przy najbliższym spotkaniu powiedz mu to. Jeśli nie spróbujesz, będziesz żałować.
- Dziękuję Ci, synu - wyszeptała Maryse i zrobiła coś czego Magnus się nie spodziewał.
Przytuliła go!
Ta kobieta była naprawdę silna, ale czarownik wiedział, że kiedyś pęknie. I to właśnie dziś nadszedł ten dzień.
- Jesteś aż tak roztrzęsiona, że pomyliłaś mnie ze swoim synem? W prawdzie jestem przystojny i czarujący, ale nie aż tak bardzo jak Alec!
Uwolniła się z jego objęć i spojrzała głęboko w jego kocie oczy.
- Nie pomyliłam się, Magnusie. Powiedziałam do Ciebie synu.
W odpowiedzi na to zaskakujące wyznanie czarownik uśmiechnął się.
- Przejdźmy może do interesów. Jest już późno, a Ty wyglądasz na zmęczonego - powiedziała wracając na swój fotel - Usiądź proszę.
Magnus powłóczył nogami w stronę fotela.
- Z mojej strony wygląda to tak - przerwała szukając czegoś na biurku - W ubiegłym tygodniu zgłoszono "ataki" demonów w Wiedniu, Luksemburgu, Lizbonie i Monako.
- Nieźle. Za każdym razem tak samo? - zapytał Magnus przeglądając wręczone mu raporty.
- Punkt w punkt.
- Czyli stoimy w miejscu - westchnął czarownik.
- A u Ciebie?
- Niestety nic. Dokumenty są lepiej zabezpieczone, niż myślałem.
- To znaczy?
- Zaklęcia ochronne i bariera. Otóż ta bariera to nape wno jakaś bardzo stara magia. I tu pojawia się pytanie: Czy uda mi się ją przełamać?
- Oświeć mnie więc i odpowiedz na swoje pytanie.
Czarownik ziewnął, po czym skrzyżował ręce na piersi.
- Sprawdziłem te zabezpieczeni - oznajmił Magnus - Zaklęcia zostały rzucone przez  jakiegoś czarownika, więc to nie będzie trudne. Najdalej pojutrze powinno mi się udać je zdjąć, natomiast bariera... To na pewno dzieło kogoś potężnego.
- Myślałam, że nie ma kogoś takiego, kto mógłby Cię przewyższać - Maryse uniosła brew.
- Schlebiasz mi, moja droga. Sam nigdy w to nie wątpiłem. Aż do teraz.
- Razjelu! Czy to wszystko musi być takie skomplikowane? - westchnęła Nocna Łowczyni, pocierając swoje skronie.
- Nie mniej jednak musisz pamiętać, że magia ma swoją cenę. W tym przypadku ceną jest moja energia, więc pozwól, że pójdę już spać. Nie zrobimy nic bez tych papierów, a jeśli zaraz się nie położę, obawiam się, że będę spał tutaj.
- Oczywiście, idź. Nie sądzę by Alec był zadowolony z tego, że jego ukochany śpi w Bibliotece na dywanie jak... Kot.
- Ty też idź spać - czarownik spojrzał na nią z ukosa.
- Jeszcze chwilę tu posiedzę. Dobranoc, synu.
- Dobranoc.
Zanim zamknął drzwi, spojrzał na Maryse, siedzącą w dwa razy większym od niej fotelu.
Powiedziała do mnie synu! Dwukrotnie! Interesujące, naprawdę, interesujące...
Pokręcił głową, spojrzał na zamknięte drzwi Biblioteki i ruszył w stronę pokoju Aleca.
Poprawka.
W stronę ich wspólnego pokoju.

******

Brawo!
Clary biegła korytarzem Instytutu, spóźniona na popołudniowy trening.
Po obiedzie było trochę wolnego czasu, więc każdy sobie coś zaplanował. Alec pomagał Magnusowi przy pracy, Isabelle z Simonem wymknęli się razem, a Jace poproszony o rozmowę udał się z Maryse do Biblioteki. Zanim on i jego matka zniknęli za jej drzwiami Clary zapytała, czy może zabrać pamiętnik, który dla niego zrobiła. Chciała umieścić tam jeszcze pewne wydarzenie. Ich zaręczyny.
Usiadła więc za biurkiem i wzięła się do pracy. Nawet nie zauważyła, kiedy zegar wybił szesnastą.
Dwa słowa odbijały się echem w jej głowie.
Nowy nauczyciel!
Gdy dotarła na miejsce przystanęła na chwilę. Nie chciała, żeby inni zauważyli, że biegła.
Podeszła bliżej drzwi i delikatnie je uchyliła. Wszyscy już byli na miejscu. Jace rozmawiający ze swoim parabatai, Isabelle z Simonem no i w końcu ona sama. Wślizgnęła się do sali z gracją pantery i ruszyła w stronę swoich przyjaciół. Coś jednak było nie tak. Kogoś brakowało.
- Clarissa Morgenstern! Jak to miło, że nas zaszczyciłaś swoją obecnością!
Odwróciła się gwałtownie i zobaczyła mężczyznę w stroju bojowym, siedzącego na parapecie jednego z okien.        
- Nie noszę nazwiska Valentine'a.
Trener uniósł brew. Stanął na równe nogi i Clary mogła przez chwilę mu się przyjrzeć.
Wysoki, przystojny, dobrze zbudowany. Silas miał krótkie, ciemne włosy i brązowe oczy, które idealnie pasowały do jego orzechowej cery. Był stosunkowo młody, jak na trenera. Może po prostu tak młodo wygląda.
Kiedy Silas ruszył w ich stronę Clary walczyła ze sobą, żeby się nie cofnąć.
- Są dzieci, które się wyrzekają rodziców, jak również rodzice wyrzekający się swoich dzieci.
- Z pewnością zna pan jakieś przykłady, potwierdzające pańską tezę - odezwała się Clary kiedy mężczyzna zatrzymał się metr przed nią - Ale nie ja. Valentine Morgenstern jest TYLKO moim biologicznym ojcem i nic tego nie zmieni.
- Więc nosisz swoje Przyziemne nazwisko czy po ślubie Jocelyn przyjęłaś nazwisko Luke'a? A może Herondale? Cóż... Sądzę, że jest trochę za wcześnie, aby ogłaszać się nazwiskiem przyszłego męża - Silas przeniósł swoje lodowate spojrzenie na Jace'a i z powrotem na nią.
- Jestem Clary Fairchild.
- Dobrze więc. Spóźniłaś się. A ja nie lubię spóźnień.
- Proszę mi wybaczyć. To się już nie powtórzy - zapewniła.
- Wiem. Uwaga oto plan na dziś. Na początek rozgrzewka, na którą macie wykorzystać pół godziny. Nie mniej, nie więcej. Później będą ćwiczenia w parach.
- Nas jest pięciu, panie Cartwright.
- Jedno z was będzie ćwiczyć ze mną. Zaczynajcie!
Po rozgrzewce, która okazała się być tak intensywna jak poranny trening, przyszedł czas na ćwiczenia w grupach.
- Jonathan będzie ćwiczył z Isabelle, a Alexander... - trener spojrzał na Clary, a później na Simona.
Razjelu! Jeśli wybierze Simona będę musiała ćwiczyć z nim! Tylko nie to!
- Z Carissą. Simon zapraszam Cię. Dziś ćwiczysz ze mną.
Nocna Łowczyni spojrzała na przyjaciela, który wcale nie wyglądał na zdenerwowanego. Skinął głową i ruszył w stronę trenera.
- Pewnie spodziewacie się treningu z bronią - zaczął Silas - Nic z tych rzeczy. Bynajmniej nie dziś. Otóż w pomieszczeniu znajdują się różne przedmioty, które zostały tu specjalnie umieszczone. Nie będziemy korzystać z broni. Wszystko to co znajduje się na sali będzie waszą bronią.
Dobra taktyka, Cartwright! Na początek: rozpoznanie.
Clary zbliżyła się do Aleca.
- Razjelu! Jakim sposobem mamy wytrzymać z tym gościem? - wyszeptał chłopak trzymając w rękach długi kij.
- Bo ja wiem? Będzie ciężko. Współczuję Simonowi, bo nasz trening z Cartwright'em potrwa tylko miesiąc.
- Tylko?
- CISZA! Zaczynać! Już dość czasu zmarnowaliśmy przez spóźnienie panny Fairchild! - Cartwright wrzasnął tak głośno, że Alec upuścił trzymany w rękach kij.
- Łoooo. Kto by pomyślał, że będzie aż tak źle - oznajmiła Clary patrząc na zmianę na Aleca i na "broń" którą upuścił.
- Milcz, Fairchild i bierz się do roboty, bo na następnym treningu powiem trenerowi, że bardzo chciałabyś z nim poćwiczyć! - powiedział Alec i zaatakował ją kijem, który jeszcze przed chwilą leżał u jego stóp.
Odskoczyła na bok i przeturlała się pod ścianę. Rozejrzała się szybko i dostrzegła w połowie ukrytą deskę, wyglądającą na część ławki z Central Parku. Skoczyła w jej stronę, nim Alec zaatakował. Leżąc na ziemi zablokowała jego atak, podcinając mu równocześnie nogi. Nocny Łowca upadł, wypuszczając kij z ręki. Clary podniosła się z ziemi i szybko skoczyła na Aleca uniemożliwiając mu powrót do pionu.
- Chciałbyś, Lightwood. To Ty będziesz następny w kolejce do Cartwright'a - powiedziała posyłając mu złośliwy uśmieszek.

******

Po treningu Alec był naprawdę wykończony. Plotki o trenerze okazały się być prawdą.
Nocny Łowca nie chciał w tej chwili myśleć o Silasie. Miał przecież pomóc Magnusowi, który jest naprawdę wykończony próbami odczytania dokumentów.
Kiedy Alec wstaje - Magnus pracuje.
Kiedy Alec wraca po treningu - Magnus pracuje.
Kiedy Alec kładzie się spać - Magnus pracuje.
Razjelu! Kiedy on w ogóle śpi?!
- Alec!
Nocny Łowca odwrócił się i zobaczył biegnącą w jego stronę Isabelle.
- Co tam Izzy?
- Co myślisz o naszym trenerze?
- Uhm. Stanowczy? Ostry? Wymagający?
- Gorący? Jak przyszedł to jakoś tak gorąco się zrobiło nie sądzisz? - zapytała jego siostra.
- Jak dla mnie to wieje od niego chłodem, gdy tylko się pojawi w okolicy.
- Och, przestań no! Żartowałam!
- Ha, ha, ha . Doprawdy Isabelle, nigdy się tak nie uśmiałem.
- Pff... Idziesz teraz do Magnusa?
- Tak. Potrzebujesz coś od niego?
- Nie. Po prostu pytam?
Alec usłyszał kroki i gdy się odwrócił zobaczył zbliżającą się do nich Clary.
- Nie zgadniecie co się stało! - krzyknęła dziewczyna.
- Jesteś w ciąży? - zapytała Isabelle sprawiając, że Clary się zatrzymała.
- Nie Izzy. Kolejny atak demonów na Instytut. W Los Angeles!
- Co?! Kiedy?! - Alec spojrzał na siostrę, która napięła się jak struna.
- Dzisiaj! Godzinę temu. Dzwoniła Emma. Nie powiedziała zbyt wiele. Tylko tyle, że odezwie się jutro,  po tym, jak złożą raport. Biegnę do Jace'a. Pa!
Rodzeństwo Lightwood'ów odprowadziło ją wzrokiem po czym ruszyło w stronę pokoi.
- Widzimy się na kolacji? - zapytała Izzy stojąca na progu swojego pokoju.
- Pewnie tak.
- No to pa! - posłała mu całusa i zatrzasnęła drzwi.

Alec wszedł do pokoju i od razu skierował się w stronę łazienki. Po niespełna piętnastu minutach był już odświeżony, ubrany i szedł w stronę Biblioteki.
- Magnus? Jesteś tu? - zapytał zamykając za sobą drzwi.
- A gdzie miałbym być, herbatniczku? - po jego głosie można było poznać, że jest zmęczony.
- Wstawaj, idziemy na kolacje!
- Dziękuję, ale nie - powiedział czarownik wstając z fotela.
- A to dlaczego?
- Bo muszę coś z tym zrobić! Nie słyszałeś o ataku na kolejny Instytut? Jestem pewny, do cholery, że te ataki i to - wskazał na dokumenty - Są ze sobą związane tak jak Prezes Miau ze swoją poduszką!
- Tą fioletową, której nie pozwala nikomu dotknąć?
- Dokładnie! - odrzekł czarownik opadając na fotel.
- Magnus jesteś wykończony! Nie wiem, kiedy śpisz, ale nie pozwolę Ci się głodzić z powodu tych durnych papierów! - Nocny Łowca podszedł do niego i przykucnął obok fotela.
- Alexandrze...
- Słucham?
- Ja muszę zdjąć te zaklęcia i złamać barierę jak najszybciej!
- Chrzanić to! Rusz tyłek! Idziemy! - warknął Lightwood i już chciał się podnieść, gdy czarownik położył mu rękę na ramieniu.
- A nie mógłbym zjeść tutaj? Wiem, że to zbrodnia na książkach jeść w Bibliotece, ale... Co Ty robisz?
- Dzwonię do Izz, żeby Estell przyniosła nam jedzenie.
- Nam?
- Tak. Zjem z Tobą. Poza tym miałem Ci pomóc.
Chwilę później Estell zjawiła się z ich kolacją. Oboje usiedli wygodnie na sofie i zaczęli jeść. Alec opowiadał o treningu, jaki zrobił im Cartwright, a czarownik streścił mu jakimi sposobami próbował zdjąć zaklęcia ochronne.
Po zakończeniu kolacji Estell zjawiła się po naczynia, a oni wrócili do pracy.
Przeglądali przeróżnej wielkości księgi. Niektóre z nich Alec odsyłał w ręce Magnusa, ponieważ nie znał języka w którym zostały napisane.
Było już grubo po dwudziestej. Alec wziął do ręki cienka książeczkę i zaczął ją przeglądać. W połowie lektury zatrzymał się. Nie wiedział dlaczego jedno z zaklęć przyciągnęło jego uwagę. Nie wyróżniało się jakoś specjalnie, ale coś sprawiło, że...
- Magnus, chyba coś mam - powiedział i podał czarownikowi książkę.
- Myślisz, że zadziała? - zapytał Magnus.
- Nie wiem, ale coś sprawiło, że zatrzymałem się właśnie na tym zaklęciu.
- Spróbujemy.
Czarownik wstał i uniósł rękę nad dokumentami. Zaczął czytać w obcym języku, a z jego ręki zaczęły się sypać niebieskie iskry. Kiedy skończył razem z Nocnym Łowcą przyglądali się papierom rozłożonym na stole. Nic. Lightwood przeniósł wzrok na sufit.
- No cóż, chyba jednak się myli...
- Alec! Spójrz!
Nocny Łowca ponownie zerknął na papiery, z których teraz unosił się granatowy dym.
- Podpaliłeś je?! - spytał przerażony.
Nagle papiery błysnęły. Alec przetarł oczy, a gdy ponownie spojrzał na kartki leżące na stole zauważył, że nie są zniszczone.
- Coś Ty zrobił?
- Ja... Zdjąłem zaklęcia ochronne, Alec! Dzięki Tobie!
Nocny Łowca uśmiechnął się szeroko.
- Sam byś to zrobił, ale potrwałoby to kilka dni dłużej, biorąc pod uwagę te wszystkie książki, które musiałbyś przeglądać sam.
Magnus chciał odpowiedzieć, ale coś zwrócił jego uwagę. Ognista Wiadomość.
- Wiadomość? Od kogo? - zapytał zaciekawiony Alec.
- Nie wiem. Przeczytaj.
Nocny Łowca spojrzał na karteczkę.

Zwykły czarownik nie zdejmie tej bariery. Ale najpotężniejszy syn Asmodeusza? Pomyśl o Ojcu, a odpowiedź na to jak zdjąć barierę będzie prosta, Magnusie!


- Nie wiesz kto mógłby to wysłać?
- Ktoś, kto założył zaklęcia ochronne. Po zdjęciu ich, twórca dostał pewnego rodzaju... wiadomość. I przysłał to - Magnus wskazał na wiadomość.
- Więc to ma coś wspólnego z Twoim... ojcem?
- Na to wygląda - westchnął czarownik.
- Dobra. Asmodeusz to Twój ojciec. Ty jesteś jego najpotężniejszym synem. Ale co wspólnego z wami mają te cholerne...
- Krew.
- Słucham? - Alec patrzył na niego z przerażeniem - Coś Ty znów wymyślił?
- Czemu nie wpadłem na to wcześnie - mruknął czarownik.
- Magnus o czym Ty mówisz?
- Ta bardzo stara magia. Zdjąć barierę może tylko jej twórca lub...
- Chwileczkę... Chcesz powiedzieć, że to Asmodeusz założył tą barierę? A jako jego syn Ty możesz ją zdjąć? Za pomocą krwi? Żartujesz?!
- Spokojnie, to tylko kilka kropel.
- Chcesz spróbować?
- Muszę.
Czarownik pstryknął palcami i w jego ręce pojawił się mały nóż. Przyłożył ostrze do wewnętrznej strony dłoni i zrobił nacięcie na tyle głębokie, żeby popłynęła krew. Zacisnął pięść i uniósł ją nad papierami.
- Asmodeusz!
Kilka kropli krwi spadło na papiery. Alec wstrzymał na chwilę oddech.
Kartki zaczęły unosić się do góry. Kiedy zatrzymały się na wysokości oczu Magnusa te zalśniły żółtym blaskiem. Po chwili dokumenty opadły na stół, a wycieńczony Magnus prawie upadł, gdyby Alec go nie złapał.
- Magnus?
- Udało nam się, Alexandrze. Zabierzmy dokumenty i chodźmy do Maryse...
- Oszalałeś?! Zabierzemy je do pokoju i idziemy spać! Matka dowie się jutro! Tyle może zaczekać. Mówiłem Ci, że nie obchodzą mnie te papiery. Ty jesteś ważniejszy.
- Alec.
- Nie! Marsz do pokoju, albo Cię tam zaniosę!
- To zanieś.
Lightwood zebrał dokumenty do teczki, podał je Magnusowi i wziął go na ręce.
Czarownik zaśmiał się, po czym wtulił twarz w szyję Aleca.
W połowie drogi do pokoju Nocny Łowca zauważył, że Magnus zasnął.

******

Nocni Łowcy, Podziemni i Przyziemni! Oto kolejny rozdział! Widzę, że ktoś tutaj się zjawia więc piszę dalej. Co sądzicie? Może być? Jakieś sugestie?
Jeśli byłeś/byłaś zostaw ślad ;>
Buziak :*
- J.